— Ojciec sprzedaje je po sto i sto pięćdziesiąt franków, czasami dwieście wedle tego, co słyszałam.

— Jeżeli zbiera tysiąc czterysta beczek wina...

— Doprawdy, dziecko, nie wiem co to daje; ojciec nie mówi nigdy o swoich interesach.

— Ale w takim razie tatuś musi być bogaty?

— Może. Ale rejent Cruchot mówił mi, że kupił Froidfond przed dwoma laty. Ma z tym kłopoty.

Eugenia, nie mogąc obliczyć majątku ojca, utkwiła w martwym punkcie w swoich rachunkach.

— Nawet mnie nie widział, kochaneczek — rzekła Nanon, wracając. — Leży bez pamięci na łóżku i płacze jak ta Magdalena, tylko go uściskać! Cóż za zmartwienie ma ten śliczny chłopyś?

— Chodźmy prędko, mamo, pocieszyć go. Skoro ktoś zapuka, zejdziemy na dół.

Pani Grandet była bezbronna wobec przymilnego głosu córki. Eugenia była wspaniała, była kobietą. Obie z bijącym sercem weszły do pokoju Karola. Drzwi były otwarte. Młody człowiek nie widział ani nie słyszał nic. Tonąc we łzach, wydawał niezrozumiałe jęki.

— Jak on kocha swego ojca — rzekła Eugenia cicho.