Eugenia, w równej mierze kobieta jak dziecko, nie przewidziała odmowy, a Karol milczał.
— Jak to, więc odmawiasz? — spytała Eugenia. W głębokiej ciszy słychać niemal było bicie jej serca.
Wahanie Karola upokorzyło ją; ale potrzeba, w jakiej się znajdował, uprzytomniła się jej tym żywiej; przyklękła.
— Nie wstanę dopóki nie weźmiesz tego złota! — rzekła. — Kuzynie, błagam cię, odpowiedz... Niech wiem, czy mnie cenisz, czy jesteś wspaniałomyślny, czy...
Słysząc krzyk tak szlachetnej rozpaczy, Karol uronił łzę na rękę kuzynki, którą przytrzymał, aby jej nie dać uklęknąć. Czując tę gorącą łzę, Eugenia porwała sakiewkę i wysypała ją na stół.
— Więc tak, prawda? — rzekła, płacząc z radości. — Nie bój się nic, Karolu, będziesz bogaty. To złoto przyniesie ci szczęście, kiedyś mi je oddasz; zresztą, zrobimy spółkę, zgodzę się na wszystkie warunki, jakie mi nałożysz. Ale nie powinieneś przykładać takiej wagi do tego daru.
Karol mógł wreszcie wyrazić swoje uczucia.
— Tak, Eugenio, byłbym bardzo małoduszny, gdybym nie przyjął. Ale nic darmo, ufność za ufność.
— Czego żądasz? — spytała przestraszona.
— Słuchaj, droga kuzynko, mam tutaj...