— Powiedz: stało.
— Skądże, u licha, się tam wzięło?
— Jeździłem dziś w nocy do Angers — odparł Grandet z cicha.
Bankier zadrżał ze zdziwienia. Następnie zaczęli na ucho rozmowę, podczas której des Grassins i Grandet spojrzeli kilka razy na Karola. W chwili, gdy widocznie stary bednarz mówił do bankiera, aby mu kupił sto tysięcy franków renty, des Grassins uczynił gest zdumienia.
— Panie Grandet — rzekł do Karola. — Jadę do Paryża, gdyby Pan miał jakie zlecenia...
— Nie mam żadnych. Dziękuję panu.
— Podziękuj serdeczniej, mój bratanku. Pan jedzie, aby uładzić interesy firmy Wilhelm Grandet.
— Byłaby jakaś nadzieja? — spytał Karol.
— Ha! — wykrzyknął bednarz z dobrze odegraną dumą. — Alboż nie jesteś moim bratankiem? Twój honor jest naszym. Czy nie nazywasz się Grandet?
Karol wstał, objął starego, uścisnął go, zbladł i wyszedł. Eugenia patrzyła na ojca z uwielbieniem.