— No, bywaj zdrów, mój stary des Grassins, miej się dobrze i potańcuj z tymi ludźmi, jak należy.

Dwaj dyplomaci uścisnęli sobie ręce, eks-bednarz odprowadził bankiera do drzwi, po czym zamknąwszy je, wrócił i rzekł do Nanon, zagłębiając się w fotelu:

— Daj mi nalewki.

Ale nadto wzruszony, aby usiedzieć w miejscu, popatrzył na portret pana de La Bertellière i zaczął nucić, podrygując krokiem niby to tanecznym:

Miałem dobrego papusia,

Gwardzistą, gwardzistą był...

Nanon, pani Grandet i Eugenia patrzyły po sobie w milczeniu. Radość winiarza przerażała je zawsze, skoro dochodziła szczytu. Niebawem wieczór się skończył. Po pierwsze Grandet chciał wcześnie iść spać, a skoro on się kładł, wszystko w domu musiało spać, tak samo jak kiedy August pił, Polska była pijana! Po wtóre Nanon, Karol i Eugenia niemniej byli zmęczeni od pana. Co do pani Grandet, ona spała, jadła, piła, chodziła wedle życzeń swego męża. Bądź co bądź, przez dwie godziny przeznaczone na trawienie bednarz, jowialny jak nigdy, wygłosił wiele złotych myśli, z których jedna da miarę jego inteligencji. Wysączywszy swoją nalewkę, popatrzył na kieliszek.

— Ledwie człowiek przyłoży usta do kieliszka, już jest próżny. Oto nasza historia. Nie można być i nie być. Talary nie mogą toczyć się i siedzieć w worku, inaczej życie byłoby za piękne.

Był jowialny i łaskawy. Kiedy Nanon przyszła ze swoim kołowrotkiem, rzekł:

— Musisz być zmęczona. Zostaw te konopie.