— A ba, nudziłabym się — rzekła służąca.
— Biedna Nanon! Chcesz nalewki?
— Niby co do nalewki, nie odmawiam, pani robi o wiele lepszą niż aptekarz. To co w aptece sprzedają, to istne ziółka.
— Za wiele dają cukru, nie ma smaku — rzekł stary.
Nazajutrz rodzina zgromadzona o ósmej rano na śniadanie przedstawiała obraz szczerej zażyłości. Nieszczęście szybko zbliżyło panią Grandet, Eugenię i Karola; sama Nanon sympatyzowała z nimi bezwiednie. We czworo tworzyli niby jedną rodzinę. Co do starego winiarza, ten, zaspokoiwszy swoją chciwość i mając pewność, że wyprawi niebawem lalusia, nie płacąc mu nic poza drogą do Nantes, stał się prawie obojętny na jego obecność w domu. Zostawił dzieciom — jak nazywał Karola i Eugenię — swobodę pod okiem pani Grandet, do której miał zupełne zaufanie we wszystkich sprawach religii i moralności. Wytyczenie łąk i rowów biegnących wzdłuż drogi, sadzenie topoli nad Loarą, prace zimowe w winnicy i we Froidfond zajęły go całkowicie.
Odtąd zaczęła się dla Eugenii wiosna miłości. Od owej sceny nocnej, w której oddała kuzynowi swój skarb, serce jej poszło za skarbem. Złączeni wspólną tajemnicą, patrzyli na siebie porozumiewawczo; wspólna myśl pogłębiała ich uczucia, stwarzała jakąś bliskość, poufność, stawiając ich oboje, aby tak rzec, poza codziennym życiem. Czyż pokrewieństwo nie uprawniało niejakiej słodyczy głosu, czułości spojrzenia? Toteż Eugenia starała się uśpić cierpienia kuzyna dziecinnymi uciechami rodzącej się miłości. Czyż nie widzimy wdzięcznych podobieństw między początkiem miłości a początkiem życia? Czyż nie kołysze się dzieci słodkim śpiewem i pieszczotliwym spojrzeniem? Czyż nie opowiada się im cudownych bajek, które złocą przyszłość? Czyż nadzieja nie rozpościera wciąż dziecku swych promiennych skrzydeł? Czy nie wylewa ono na przemian łez radości i bólu? Czyż nie sprzecza się ono czasami o nic, o kamyki, z których sili się zbudować nietrwały pałac, o kwiaty zaledwie zerwane, a już porzucone? Czyż nie chwyta chciwie czasu, nie śpieszy się do życia? Miłość jest naszą drugą przemianą.
Dziecięctwo i miłość były tym samym dla Eugenii i Karola; to była pierwsza namiętność ze wszystkimi jej dzieciństwami, tym bardziej pieszczotliwymi dla ich serc, że były spowite melancholią. Trzepocząc się przy urodzeniu w krepach żałoby, miłość ta harmonizowała przez to tym bardziej z prowincjonalną prostotą tego zrujnowanego domu.
Wymieniając kilka słów z kuzynką przy studni w tym niemym dziedzińcu, siedząc w tym ogrodzie na darniowej ławce aż do zachodu słońca, rozmawiając o błahostkach albo zatapiając się w ciszy panującej między wałem a domem niby pod sklepieniem kościoła, Karol zrozumiał świętość miłości, bo jego wielka dama, jego droga Aneta, dała mu poznać jedynie jej zamęt i burze. Porzucał w tej chwili miłość paryską, zalotną, próżną, błyskotliwą, dla miłości czystej i szczerej. Kochał już ten dom, którego obyczaje nie zdawały mu się już tak śmieszne. Schodził zaraz rano, aby móc pomówić z Eugenią parę chwil, zanim Grandet zejdzie wydawać prowianty; kiedy zaś krok starego rozbrzmiewał na schodach, Karol uciekał do ogrodu. Niewinna zbrodniczość tej porannej schadzki nieznanej nawet matce Eugenii (Nanon udawała, że nic nie widzi), dawała tej miłości, najniewinniejszej w świecie, żywość zakazanych rozkoszy. A kiedy po śniadaniu stary Grandet wychodził, aby obejrzeć swoje posiadłości i roboty, Karol zostawał między matką a córką, znajdując nieznane rozkosze w tym, aby im trzymać włóczkę, patrzeć, jak pracują, słuchać, jak gawędzą.
Prostota życia niemal klasztornego, która odsłoniła mu piękno tych dusz nieznających świata, wzruszyła go żywo. Nie przypuszczał, aby były możliwe we Francji takie obyczaje; przypuszczał ich istnienie jedynie w Niemczech, a i to chyba w legendzie, w romansach Augusta Lafontaine. Niebawem Eugenia stała dla niego wcieleniem Gretchen Goethego, ale bez grzechu.
Słowem, z każdym dniem spojrzenia jego, słowa, czarowały biedną dziewczynę, która poddała się rozkosznie prądowi miłości; chwyciła swoje szczęście, jak pływak chwyta gałąź wierzbiny, aby wydobyć się z rzeki i odpocząć na brzegu. Zgryzoty bliskiej rozłąki czyż nie chmurzyły już najradośniejszych godzin owych uciekających dni?