— Z Wenecji — odparł ślepy z lekkim akcentem włoskim.
— Czyście się urodzili ślepi, czy też oślepliście z...
— Z przypadku — odparł żywo — przeklęta jaskra.
— Wenecja to piękne miasto, zawsze miałem ochotę tam pojechać.
Fizjonomia starca ożywiła się, zmarszczki jego drgnęły, zdawał się silnie wzruszony.
— Gdybym ja tam z panem pojechał, nie straciłby pan swego czasu — rzekł.
— Nie mówcie mu o Wenecji — rzekł do mnie skrzypek — bo nasz doża13 zacznie swoje sztuki, a trzeba wiedzieć, że jaśnie książę ma już dwie butelki w żondołku14!
— No jazda, ojcze Canard — rzekł flecista.
Wszyscy trzej zaczęli grać, ale przez czas trwania czterech kontredansów Wenecjanin węszył mnie niejako, odgadywał moje niezwykłe zainteresowanie jego osobą. Fizjonomia jego straciła martwy wyraz smutku; jakaś nadzieja rozjaśniła wszystkie jego rysy, wślizgnęła się niby błękitny płomień w jego zmarszczki. Uśmiechnął się i wytarł sobie czoło, to harde i straszliwe czoło; wreszcie stał się wesoły, jak człowiek, którego podłechtano15 w tkliwy punkt.
— Ile macie lat? — spytałem.