— Osiemdziesiąt dwa!
— Od jak dawna jesteście ślepi?
— Będzie niedługo pięćdziesiąt lat — odparł z akcentem świadczącym, że żale jego tyczyły się nie tylko straty wzroku, ale jakiejś wielkiej władzy, z której go wyzuto.
— Czemu nazywają was dożą? — spytałem.
— Et, żarty — rzekł. — Jestem patrycjuszem weneckim i byłbym został dożą jak każdy inny.
— Jakże się pan nazywa?
— Tutaj: ojciec Canet. Nigdy mego nazwiska nie umieli inaczej wpisać w rejestry; ale po włosku to „Marco Facino Cane, książę Varese”.
— Jak to, pan pochodzi od owego sławnego kondotiera16 Facino Cane17, którego łupy przeszły na książąt Mediolanu?
— E vero18 — odparł. — W owym czasie, aby nie być zabitym przez Viscontich, syn Canego schronił się do Wenecji i wpisał się do Złotej księgi19. Ale nie ma już Cane, tak samo jak nie ma Księgi! — Uczynił gest przerażający swym wygasłym patriotyzmem i wstrętem do rzeczy ziemskich.
— Ale skoro pan był senatorem weneckim, musiał pan być bogaty; w jaki sposób mógł pan postradać majątek?