— Wybaczy mi pan — rzekł po pauzie — cierpię bardzo, a zdrowie moje budzi we mnie poważne obawy. Ostatnie zgryzoty zagoryczyły straszliwie moje życie i zmuszają mnie do tego doniosłego kroku.
— Panie hrabio — odparłem — niech mi pan pozwoli przede wszystkim podziękować za zaufanie, jakie pan we mnie pokłada. Ale muszę je usprawiedliwić, zwracając panu uwagę, że swoim krokiem wydziedzicza pan całkowicie swoje... inne dzieci. Noszą pańskie nazwisko. Gdyby nawet były tylko dziećmi kobiety niegdyś kochanej, dziś upadłej, mają prawo do jakiegoś zabezpieczenia. Oświadczam panu, że nie przyjmę obowiązku, jakim pan chce mnie zaszczycić, jeżeli ich los nie będzie zapewniony.
Hrabia zadrżał gwałtownie, słysząc te słowa. Łzy stanęły mu w oczach, uścisnął mi rękę mówiąc:
— Nie znałem pana jeszcze dosyć. Sprawił mi pan równocześnie przykrość i radość. Oznaczymy udział tych dzieci punktem kontrrewersu.
Odprowadziłem hrabiego aż do drzwi. Zdawało mi się, że widzę w jego rozjaśnionych rysach uczucie zadowolenia z tego aktu sprawiedliwości.
— Oto, panno Kamillo, jak młode kobiety staczają się w przepaść. Wystarczy czasami jednego kontredansa, jednej aryjki zaśpiewanej przy fortepianie, jednej wycieczki na wieś, aby sprowadzić straszliwe nieszczęścia. Biegnie się za pochlebnym głosem próżności, dumy, na wiarę jednego uśmiechu, albo przez szaleństwo, przez nieopatrzność! Hańba, zgryzota i nędza, oto trzy furie, w których ręce musi niechybnie dostać się kobieta z chwilą, gdy przekroczy granice...
— Biedna Kamilla upada z senności — rzekła wicehrabina, przerywając adwokatowi. — Idź, dziecko, idź spać, twoje serduszko nie potrzebuje straszliwych obrazów, aby pozostać czyste i uczciwe.
Kamilla de Grandlieu zrozumiała matkę i wyszła.
— Trochę pan za daleko zaszedł, kochany panie Derville — rzekła wicehrabina — adwokat nie jest matką rodziny ani kaznodzieją.
— Ależ gazety są tysiąc razy więcej...