— Poczciwy Derville! — przerwała mu wicehrabina — nie poznaję pana. Czyż pan sądzi, że moja córka czytuje gazety? Niech pan mówi dalej — dodała po pauzie.
— W trzy miesiące po zatwierdzeniu sprzedaży dokonanej przez hrabiego na rzecz Gobsecka...
— Może pan nazwać hrabiego de Restaud, skoro Kamilli już nie ma — rzekła wicehrabina.
— Niech i tak będzie — odparł adwokat. — W długi czas po tej scenie nie otrzymałem jeszcze kontrrewersu, który miał zostać w moim ręku. W Paryżu adwokaci pochłonięci są wirem spraw, który nie pozwala im myśleć o sprawach swoich klientów więcej, niż myślą oni sami, poza pewnymi wyjątkami, które umiemy czynić. Jednakże pewnego dnia, kiedy lichwiarz był u mnie na obiedzie, spytałem, czy nie wie, dlaczego nie mam żadnego znaku życia od pana de Restaud.
— Dla bardzo naturalnej przyczyny — odparł. — Jest umierający. Jest to jedna z owych tkliwych dusz, które nie umiejąc zabić swej zgryzoty, dają się jej pożreć. Życie to jest praca, rzemiosło, którego trzeba się nauczyć. Kiedy człowiek, przebywszy wszystkie bóle życia, nauczył się go wreszcie, fibry jego hartują się i nabywają pewnej gibkości, która pozwala mu panować nad swą wrażliwością; zmienia swoje nerwy w stalowe sprężyny, które poddają się, nie pękając. Wówczas, o ile ma dobry żołądek, człowiek tak spreparowany może żyć równie długo, jak żyją cedry Libanu, kapitalne drzewa.
— Hrabia umierający? — zawołałem.
— Możebne — odparł Gobseck. — Znajdziesz w sprawie jego sukcesji soczysty kąsek.
Spojrzałem na starego i rzekłem, aby go wybadać:
— Niech mi pan wytłumaczy, dlaczego hrabia i ja jesteśmy jedynymi ludźmi, którymi się pan zainteresował?
— Dlatego, że wy jedni zawierzyliście mi bez zastrzeżeń — odparł.