Zaczęli się śmiać i poszli na obiad w nastroju ludzi, którzy widzą w cudzie już tylko objaw przyrody.
Wracając do domu, Valentin był pastwą zimnej wściekłości; nie wierzył już w nic, myśli mąciły mu się w mózgu, kłębiły się i wirowały jak myśli wszelkiego człowieka w obliczu niemożliwego faktu. Chętnie uwierzył w jakąś tajemną wadę w machinie Spieghaltera, niemoc wiedzy i ognia nie dziwiły go; ale gibkość skóry, kiedy on ją miął w palcach, a sztywność jej, kiedy ją poddano wszystkim środkom zniszczenia, jakie człowiek posiada, przerażały go. Ten niezaprzeczony fakt przyprawiał go o zawrót głowy.
„Jestem szalony — powiadał sobie. — Mimo że od rana jestem na czczo, nie chce mi się jeść ani pić, czuję w piersiach ogień który pali...”
Włożył z powrotem jaszczur w ramkę, w której znajdował się niegdyś, po czym, obrysowawszy czerwoną linią obecny kontur talizmanu, usiadł w fotelu
— Już ósma! — wykrzyknął. — Ten dzień minął jak sen.
Oparł się o poręcz, złożył głowę na lewej ręce, utonął w posępnej zadumie, w owych pożerających myślach, których tajemnicę unoszą z sobą skazani na śmierć.
— Ach! Paulina — wykrzyknął — Biedne dziecko! Są przepaści, których miłość nie zdoła przebyć mimo siły swych skrzydeł!
W tej samej chwili usłyszał bardzo wyraźnie stłumione westchnienie i poznał, mocą najbardziej wzruszającego przywileju miłości, oddech Pauliny.
„Och! — pomyślał — oto mój wyrok. Gdyby ona była tutaj, chciałbym umrzeć w jej ramionach”.
Wybuch bardzo szczerego i radosnego śmiechu sprawił, iż Rafael obrócił głowę w stronę łóżka: za przeźroczystą firanką ujrzał twarz Pauliny, uśmiechniętej jak dziecko szczęśliwe z udanej psoty; piękne włosy rozsypały się tysiącem pukli na ramiona; była podobna do bengalskiej róży na pęku róż białych.