— Tak — odparł. — Oko tego człowieka pali, urzeka mnie.
— Chcesz go przeprosić?
— Już nie czas.
Ustawiono przeciwników w odległości piętnastu kroków. Każdy miał przy sobie parę pistoletów; wedle programu mieli strzelać dwukrotnie, do woli, ale po sygnale danym przez świadków.
— Co ty robisz, Karolu? — zawołał młody człowiek sekundujący przeciwnikowi Rafaela — kładziesz kulę przed prochem!
— Zginąłem! — odpowiedział szeptem — postawiliście mnie na wprost słońca.
— Jest za panem — rzekł Valentin poważnym i uroczystym głosem, nabijając wolno pistolety, nie troszcząc się ani o dany już sygnał, ani o baczność, z jaką przeciwnik brał go na cel.
Ten nadnaturalny spokój miał coś straszliwego, co udzieliło się pocztylionom, sprowadzonym tam okrutną ciekawością. Bawiąc się ze swoją władzą lub chcąc jej doświadczyć, Rafael rozmawiał z Jonatasem i patrzał nań w chwili, gdy rozległ się strzał przeciwnika. Kula Karola strzaskała gałązkę wierzbiny i poszła w wodę. Rafael, strzelając na oślep, trafił wroga w serce. Nie zwracając uwagi na upadek młodzieńca, sięgnął żywo po jaszczur, aby sprawdzić, ile go kosztuje życie ludzkie. Talizman był nie większy od listka dębiny.
— I cóż, co wy tam patrzycie, pocztylioni? W drogę! — rzekł margrabia.
Przybywszy tegoż samego wieczora do Francji, skierował się natychmiast drogą do Owernii i udał się do wód w Mont Dore. W czasie tej podróży zrodziła się w jego sercu nagła myśl, z tych, które padają w naszą duszę niby promień słońca przez gęste mgły w jakiej zapadłej dolinie. Smutne blaski, nieubłagana mądrość! Oświecają spełnione wypadki, odsłaniają nam nasze błędy i zostawiają nas bez przebaczenia wobec siebie samych. Pomyślał nagle, iż posiadanie władzy, choćby najbardziej olbrzymiej, nie daje wiedzy posługiwania się nią. Berło jest zabawką dla dziecka, toporem dla Richelieugo, a dla Napoleona dźwignią do ruszenia świata. Władza zostawia nas takimi, jak jesteśmy i powiększa jedynie wielkich. Rafael mógł był zrobić wszystko, nie zrobił nic.