U wód w Mont Dore zastał ten sam świat, który wciąż odsuwał się od niego z ową skwapliwością, z jaką uciekają zwierzęta, gdy zwęszą trupa jednego ze swoich. Nienawiść ta była wzajemna. Ostatnia jego przygoda wzbudziła w nim głęboki wstręt do społeczeństwa. Toteż pierwszym jego staraniem było poszukać odludnego schronienia w pobliżu wód. Czuł instynktownie potrzebę zbliżenia się do natury, do szczerych uczuć oraz do tego wegetatywnego życia, w które zanurzamy się tak chętnie na wsi. Nazajutrz wdrapał się nie bez trudu na szczyt Sancy; zwiedził wyżnie doliny, napowietrzne horyzonty, nieznane jeziora, sielskie szałasy w górach Mont Dore, których surowe i słodkie powaby zaczynały wabić pędzle naszych artystów. Niekiedy spotyka się tam cudowne krajobrazy pełne uroku i świeżości, stanowiące jaskrawy kontrast z charakterem tego górskiego pustkowia. O jakieś pół mili od wsi Rafael trafił na miejscowość, gdzie natura, zalotna i radosna jak dziecko, znajdowała jak gdyby przyjemność w tym, aby ukrywać swoje skarby. Widząc to malownicze i naiwne ustronie, postanowił w nim osiąść. Życie musiało tam być spokojne, automatyczne, roślinne jak życie krzewu.

Wyobraźcie sobie przewrócony stożek, ale stożek z granitu o szerokiej krawędzi, rodzaj miednicy z brzegami wyzębionymi w dziwaczne szczerby: tu płaskie tafle bez żadnej wegetacji, gładkie, sine, po których promienie słoneczne ślizgają się jak po zwierciadle, tam skały spękane, wyszczerbione, poorane wyrwami, z których zwisają masy lawy podmyte z wolna wodą deszczową. Tu i ówdzie skały te wieńczyło parę karłowatych drzew poruszanych wiatrem; tu i ówdzie urocza i chłodna murawa, z której wystrzelał bukiet kasztanów wysokich jak cedry; to znów żółtawe groty otwierały czarne i głębokie usta, oszańcowane głogiem, kwiatami i opatrzone językiem z zieloności. Na dnie tego pucharu, który był niegdyś kraterem wulkanu, znajdował się staw z wodą czystą jak diament. Dokoła tej głębokiej sadzawki, obramionej granitem, wierzbiną, mieczykami, jesionami i tysiącem aromatycznych roślin kwitnących w tej chwili, rozciągała się łąka zielona jak angielski trawnik; delikatną i ładną trawę podlewała woda sącząca się ze szczelin skalnych, a nawoziły ją szczątki roślin, bez ustanku znoszone przez burze z wierzchołków górskich. Staw ten, nieregularnie powycinany niby kraj sukni, mógł mieć trzy morgi; łąka miała sążeń albo dwa szerokości; tu i ówdzie zaledwie było dość miejsca na przejście dla krów. Na pewnej wysokości roślinność kończyła się. Granit przybierał w atmosferze najrozmaitszą postać i nabierał owego zamglonego odcienia, który daje wysokim górom jakby podobieństwo z chmurami. Łagodnemu widokowi doliny te nagie i łyse skały przeciwstawiały dzikie i jałowe obrazy rozpaczy, groźbę zawalenia się, kształty tak fantastyczne, że jedną z nich nazwano Kapucynem, tak podobna jest do mnicha. Niekiedy te ostre igły, te harde zwały, te napowietrzne jaskinie, rozświecały się nagle, zależnie od położenia słońca lub igraszek atmosfery i przybierały odcień złota, barwiły się purpurą, przybierały ton żywo różowy, to znów matowy i szary. Wyże te migotały nieustającą grą barw, mieniąc się niby tęczowe gardziołko gołębia. Często między dwiema falami lawy, rozciętymi jak gdyby ciosem siekiery, jasny promień słońca wnikał o wschodzie lub o zachodzie aż w samą głąb tej uśmiechniętej doliny i igrał w wodach sadzawki, podobny do złotej smugi, która przez szczelinę w okiennicy wdziera się w pokój Hiszpanki, starannie zasłonięty na czas sjesty. Kiedy słońce wznosiło się ponad starym kraterem, wypełnione wodą w jakimś przedpotopowym wstrząśnieniu skaliste boki rozgrzewały się, dawny wulkan rozpalał się, a jego nagłe ciepło budziło nasiona, zapładniało roślinność, barwiło kwiaty i przyspieszało dojrzewanie owoców w tym małym, nieznanym zakątku ziemi. Kiedy Rafael tam przybył, spostrzegł parę krów pasących się na łące; uczyniwszy kilka kroków w stronę stawu, ujrzał w miejscu, gdzie brzeg był najszerszy, skromny domek zbudowany z granitu i pokryty drzewem. Dach tego szałasu w harmonii z otoczeniem strojny był mchami, bluszczem i kwiatami; znać było, że porosły jest od dawna. Wątła smuga dymu, z którą ptaki były już oswojone, dobywała się z wpół rozwalonego komina. Koło drzwi wielka ławka znajdowała się między dwoma olbrzymimi przewierścieniami, czerwonymi od kwiatów o balsamicznej woni. Zaledwie widać było mury pod liśćmi wina i pod girlandami z róż i jaśminu, rosnącymi swobodnie i bez ładu. Obojętni na te sielskie ozdoby mieszkańcy nie troszczyli się o nie zupełnie, zostawiając naturze jej dziewiczy i swawolny wdzięk. Pieluszki zawieszone na krzaku porzeczki schły na słońcu. Był tam kot przycupnięty na maszynie do gręplowania lnu; poniżej mosiężny, świeżo wyszorowany kociołek leżał wśród obierzyn ziemniaków. Z drugiej strony domu Rafael spostrzegł ogrodzenie z suchych cierni, zapewne mające bronić ludziom dostępu do warzywa i owoców. Tu — zdawało się — świat się kończył. Mieszkanie to podobne było do owych gniazd ptaszych zmyślnie umocowanych w załomie skały, kunsztownych i niedbałych zarazem. Była to natura szczera i dobra, sielskość prawdziwa, ale poetyczna, ponieważ kwitła o tysiąc mil od naszych wyczesanych poezji, nie była podszyta żadną ideą, wiodła się jedynie z samej siebie jako istny tryumf przypadku. W chwili gdy Rafael przybył, słońce rzucało swoje promienie od prawej ku lewej, podnosiło barwy roślinności, stroiło w czary światła i w kontrasty cienia szarożółte tło skał, rozmaitą zieleń liści, niebieskie, czerwone lub białe masy kwiatów, pnące się rośliny i ich kielichy, miękki aksamit mchów, purpurowe grona owoców, zwłaszcza zaś przejrzystą taflę wody, w której odbijały się wiernie granitowe wierzchołki, drzewa, domy i niebo. W tym rozkosznym obrazie wszystko miało swój blask, od błyszczącej miki aż do kępek trawy ukrytych w łagodnym półmroku; wszystko było harmonijne dla oczu: i łaciata krowa o lśniącej sierści, i wątłe rośliny wodne zwisające frędzlami nad falistym brzegiem, gdzie brzęczały owady strojne w lazur lub szafir, i korzenie drzew niby włosy przyprószone piaskiem, wieńczące bezkształtną twarz z kamyków. Ciepłe wonie wody, kwiatów i grot przenikające to samotne ustronie dały Rafaelowi wrażenie niemal rozkoszy. Majestatyczną ciszę, która panowała w tym gaiku, zapomnianym może w rejestrach poborcy, przerwało nagłe szczekanie psów. Krowy obróciły głowy ku przybyszowi, ukazały Rafaelowi swoje wilgotne pyski i zaczęły szczypać trawę, przyjrzawszy się tępo. Zawieszone na skale niby czarami, koza i jej koźlę przybiegły w podskokach i ułożyły się na płycie granitowej w pobliżu Rafaela, zdając się go pytać wzrokiem. Szczekanie psów wywabiło na dwór tłustego dzieciaka, który stanął z otwartą buzią; potem nadszedł starzec o siwych włosach, średniego wzrostu. Dwie te istoty były w harmonii z krajobrazem, powietrzem, kwiatami i domem. Zdrowie przelewało się w tej bujnej naturze; starość i dziecięctwo były tam piękne; była w tych wszystkich typach istnienia jakaś pierwotna beztroska, bezmyślność szczęścia urągająca naszym filozoficznym kazaniom i lecząca serce z jego sztucznych namiętności. Starzec był z typu owych modeli ulubionych męskiemu pędzlowi Schnetza: ogorzała twarz o licznych zmarszczkach, które zdawały się twarde w dotknięciu, prosty nos, wydatne policzki z czerwonymi żyłkami niby stary liść winny, budowa koścista, wszystkie znamiona siły nawet tam, gdzie siła zanikła; ręce zgrubiałe — mimo że już nie pracowały — porośnięte białym i rzadkim włosem. Postawa jego, postawa prawdziwie wolnego człowieka pozwalała zgadywać, że we Włoszech zostałby może rozbójnikiem dla miłości swej cennej swobody. Chłopiec, prawdziwe dziecko góralskie, miał czarne oczy zdolne patrzeć w słońce bez zmrużenia, płeć brązową, ciemne włosy w nieładzie. Był zwinny i pewny w ruchach jak ptak; przez dziury lichej odzieży wyglądało jędrne i białe ciało. Obaj stali w milczeniu koło siebie, ożywieni tym samym uczuciem, wyrażając fizjonomią zupełną tożsamość ich jednako bezczynnego życia. Starzec przejął igraszki dziecka, a dzieciak usposobienie starca, jak gdyby mocą paktu między dwiema słabościami, między siłą bliską swego końca a siłą bliską rozkwitu. Niebawem kobieta mająca około lat trzydziestu zjawiła się w progu. Idąc, przędła. Była to Owerniatka, z twarzą rumianą, wesołą i otwartą, z białymi rękami, z fizjonomią Owerniatki, postawą Owerniatki, czepkiem i suknią Owerniatki, bujną piersią Owerniatki, a także i jej mową; doskonałe wcielenie tej ziemi, jej pracowitych obyczajów, ciemnoty, oszczędności, serca — wszystko to w niej było.

Pozdrowiła Rafaela, wdali się w rozmowę. Psy uspokoiły się, starzec usiadł na ławce w słońcu, a dziecko szło za matką wszędzie, gdzie się obróciła, milczące, ale wsłuchane, przyglądające się obcemu.

— Nie boicie się tu, matusiu?

— I czegóż mielibyśmy się bać, panoczku? Kiedy zatarasujemy wejście, któż by tu wlazł? Zresztą — rzekła, wprowadzając margrabiego do izby — i cóż by złodzieje mieli nam tu brać?

Wskazała poczerniałe od dymu ściany, na których za całą ozdobę znajdowały się owe niebiesko, czerwono i zielono kolorowane obrazki przedstawiające Śmierć Kredytu, Męką Zbawiciela i Grenadierów Gwardii Cesarskiej; dalej stare orzechowe łóżko z kolumienkami, stół o wygiętych nogach, zydle, dzieża na chleb, słonina wisząca u sufitu, sól w garnku, piec; na kominku pożółkłe malowane gipsy. Wychodząc z domu, Rafael ujrzał wśród skał człowieka, który trzymał w ręku motykę i który, pochylony, ciekawie spoglądał ku domowi.

— To mój chłop, panoczku — rzekła Owerniatka z poufałym uśmiechem wieśniaczki — robi tam w górze w polu.

— A ten starzec to wasz ojciec?

— Z przeproszeniem pańskim, to dziadek mojego chłopa. Jak go pan tutaj widzi, ma sto dwa lata. I ot, niedawno zaprowadził piechotą naszego malca do Clermont! O, to był silny mężczyzna; teraz nic tylko śpi, pije i je. Bawi się zawsze z naszym małym. Czasem malec wyciągnie go w góry; pomalutku, ale idzie.

W jednej chwili Rafael postanowił żyć między tym starcem a dzieckiem, oddychać ich atmosferą, jeść ich chleb, pić ich wodę, spać ich snem, wytworzyć sobie ich krew w żyłach. Kaprys umierającego! Stać się niby ostrygą na tej skale, ocalić swoją skorupę na kilka dni dłużej usypiając śmierć, stało się dlań arcytypem indywidualnej moralności, istotną formułą ludzkiego istnienia, pięknym ideałem życia, jedynego życia, prawdziwego życia. Serce jego wypełnił głęboki egoizm, w którym grzebie się świat. W jego oczach nie było już świata, świat przeszedł cały w niego. Dla chorych świat zaczyna się u wezgłowia, a kończy się w nogach ich łóżka. Ten krajobraz stał się łóżkiem Rafaela.