— Thi! Tak sobie. Jestem przeciążony pracą. Mam w ręku wszystkie materiały potrzebne do sporządzenia bardzo ciekawych pamiętników historycznych, a nie wiem, komu je przypisać. To mnie dręczy; trzeba się spieszyć, pamiętniki wyjdą z mody.
— Czy to współczesne pamiętniki, czy dawne, ze Dworu?... o czym?
— Sprawa Naszyjnika.
— Czyż to nie istny cud? — rzekł do mnie Rastignac, śmiejąc się.
Po czym, zwracając się do przedsiębiorcy:
— Pan de Valentin — dodał, wskazując na mnie — mój przyjaciel: przedstawiam go panu jako przyszłą sławę naszej literatury. Miał swego czasu ciotkę, bardzo dobrze postawioną na Dworze, margrabinę, i od dwóch lat pracuje nad rojalistyczną historią Rewolucji.
Po czym, nachylając się do ucha tego osobliwego handlarza, rzekł:
— To talent całą gębą, ale zarazem głuptasek, który gotów byłby sporządzić panu pańskie pamiętniki, imieniem swojej ciotki, po sto talarów za tom.
— Zgoda — odparł tamten, poprawiając krawatkę. — Garson, cóż moje ostrygi?
— Tak, ale da mi pan dwadzieścia pięć ludwików komisowego i zapłaci mu pan jeden tom z góry — dodał Rastignac.