— Wszystko się tedy tłumaczy! — wykrzyknąłem.

Przypomniałem sobie moje zuchwalstwa i hrabina wydała mi się wzniosła. Uznałem, że jestem bezecnikiem, który jeszcze nie dość wycierpiał, w pobłażaniu jej widziałem już tylko dobroć tkliwego serca.

— Nie galopuj tak — rzekł roztropny Gaskończyk. — Fedora posiada wrodzoną przenikliwość kobiet głęboko samolubnych; przejrzała cię może w chwili, gdy widziałeś w niej jeszcze tylko majątek i wykwint; mimo twego sprytu, czytała może w twojej duszy. Jest dość fałszywa, aby żaden fałsz nie ostał się przed nią. Boję się — dodał — żem cię pchnął na złą drogę. Mimo całego poloru umysłu i form, wygląda mi ona na despotkę, jak wszystkie kobiety, które używają życia jedynie głową. Dla niej całe szczęście mieści się w dobrobycie, w przyjemnościach towarzyskich, uczucie jest dla niej rolą. Unieszczęśliwiłaby cię, zrobiłaby z ciebie swojego lokaja...

Rastignac rzucał groch o ścianę. Przerwałem mu, przedstawiając mu z pozornym humorem moje położenie finansowe.

— Wczoraj wieczór — odparł — karcięta zabrały mi wszystko, co miałem do rozporządzenia. Gdyby nie ta banalna katastrofa, chętnie bym z tobą podzielił moją sakiewkę. Ale chodźmy gdzie na śniadanie, ostrygi podszepną nam może jaką dobrą radę.

Ubrał się, kazał zaprząc swój kabriolecik; po czym podobni dwóm milionerom przybyliśmy do Cafe de Paris, z czelnością owych zuchwałych spekulantów, którzy żyją na koszt fikcyjnych kapitałów. Ten diabeł Gaskończyk przygniatał mnie swoją swobodą i niezmąconą pewnością siebie. W chwili, gdy piliśmy kawę, skończywszy bardzo wykwintne i umiejętnie zadysponowane śniadanko, Rastignac, który rozdawał skinienia głowy rozmaitym młodym ludziom zalecającym się zarówno miłą powierzchownością jak wykwintem stroju, rzekł na widok jednego z tych dandysów:

— Oto coś dla ciebie.

To mówiąc, dał znak głową gentlemanowi w pięknym krawacie, szukającemu widocznie miejsca, aby się doń zbliżył.

— Ten zuch — szepnął mi Rastignac do ucha — dostał krzyż za to, iż spłodził różne dzieła, których nie rozumie: jest chemikiem, historykiem, powieściopisarzem, publicystą; posiada czwartą, trzecią część, połowę praw do mnóstwa sztuk teatralnych, a jest ciemny jak oślica Balaama. To nie człowiek, to nazwisko, to etykieta znajoma publiczności. Toteż nie odważyłby się wejść do któregoś z owych gabinetów, gdzie widnieje nad drzwiami ten napis: Tu można pisać samemu. Jest sprytny tak, że wywiódłby w pole cały kongres dyplomatów. W dwóch słowach, jest to moralny metys, ani zupełnie uczciwy, ani zupełne ladaco. Ale sza! Pojedynkował się już, świat nie żąda więcej i powiada o nim: „To uczciwy człowiek”.

— I cóż, drogi przyjacielu, szanowny przyjacielu, jak się miewa Wasza Inteligencja? — zagadnął Rastignac w chwili, gdy nieznajomy usiadł przy sąsiednim stole.