Spojrzała na mnie z wyrazem takiego szczęścia, że zadrżałem.
„Czyżby mnie kochała?” — pomyślałem.
— Paulino... ciągnąłem.
I siadłem obok, aby się jej dobrze przyjrzeć. Odgadła mnie, tak moje spojrzenie było badawcze; spuściła oczy. Miałem uczucie, że mogę czytać w jej sercu jak we własnym, tak fizjognomia jej była naiwna i czysta.
— Kochasz mnie? — spytałem.
— Kocha... lubi... szanuje! — wykrzyknęła.
Nie kochała mnie. Żartobliwy akcent oraz pełen wdzięku gest, który się jej wymknął, malowały jedynie dziecinną wdzięczność młodego stworzenia. Wyznałem jej tedy moją rozpacz, kłopot, w jakim się znajduję i prosiłem, aby mi dopomogła.
— Jak to, panie Rafaelu — rzekła — pan nie chce sam iść do lombardu, a posyła pan mnie!
Zaczerwieniłem się, zawstydzony logiką dziecka. Ujęła mnie za rękę, jakby chciała pieszczotą wynagrodzić szczerość swego wykrzyknika.
— Och — rzekła — poszłabym, ale to niepotrzebne. Dziś rano znalazłam za fortepianem dwie pięciofrankówki, które wsunęły się za listwę; położyłam je panu na stole.