— Niedługo dostanie pan pieniądze, panie Rafaelu — rzekła dobra matka, wychylając głowę zza firanek — mogę panu tymczasem pożyczyć parę talarów.
— Och, Paulino — wykrzyknąłem, ściskając ją za rękę — chciałbym być bogatym.
— Ba! Po co? — odparła z dąsem.
Ręka jej, drżąca w mojej, odpowiadała wszystkim biciom mego serca; cofnęła żywo palce i przyjrzała się moim.
— Zaślubi pan kobietę bogatą — rzekła — ale będzie pan miał przez nią wiele zmartwienia... Och, Boże! Ona pana zabije... Jestem tego pewna.
W krzyku jej przebijała jak gdyby wiara w szalone zabobony matki.
— Jakaś ty dziecinna, Paulino!
— Och, to pewne — rzekła, patrząc na mnie ze zgrozą — kobieta, którą pan pokocha, zabije pana!
Ujęła z powrotem pędzel, umoczyła go w farbie z oznakami żywego wzruszenia i nie spojrzała już na mnie. W tej chwili byłbym chciał wierzyć w chimery. Człowiek nie jest zupełnie nieszczęśliwy, jeśli jest zabobonny. Zabobon jest często nadzieją. Wróciwszy do pokoju, ujrzałem dwie piękne sztuki monety, których obecność wydała mi się podejrzana. Pogrążony w pół śnie, siliłem się sprawdzić moje rachunki, aby usprawiedliwić przed sobą tę niespodzianą gratkę, ale usnąłem, zgubiwszy się w bezużytecznych cyfrach. Nazajutrz Paulina zaszła do mnie w chwili, gdy kupowałem lożę.
— Może panu nie wystarczy tych dziesięć franków — rzekła, rumieniąc się dobra i luba dziewczyna — matka poleciła mi ofiarować panu te pieniądze. Niech pan bierze, niech pan bierze.