— Gdybym była wiedziała... — rzekła.

— Niech pani nie kończy — wykrzyknąłem. — Kocham panią w tej chwili jeszcze dosyć, aby cię zabić.

Chciała pociągnąć za dzwonek. Parsknąłem śmiechem.

— Niech pani nie woła — dodałem. — Pozwolę pani spokojnie dokończyć życia. Zabić panią, to nie byłaby żadna zemsta! Niech się pani nie lęka żadnego gwałtu: spędziłem całą noc u stóp pani łóżka, nie...

— Panie... — rzekła, rumieniąc się.

Ale po tym pierwszym odruchu wstydu, jaki musi tkwić w każdej kobiecie, nawet najmniej wstydliwej, obrzuciła mnie wzgardliwym spojrzeniem i rzekła:

— Musiało panu być bardzo zimno!

— Czy pani sądzi, że piękność pani ma dla mnie taką cenę? — odparłem, zgadując myśli, które ją przenikały. — Pani twarz jest dla mnie obietnicą duszy jeszcze piękniejszej, niż pani jest piękna. Ech, pani, ludzie, którzy widzą w kobiecie tylko kobietę mogą kupować co wieczór odaliski godne seraju i dostępować szczęścia nader tanio... Ale ja byłem ambitny, chciałem żyć z panią w komedii serc, z panią, która nie masz serca. Wiem o tym teraz. Gdybyś miała należeć do mężczyzny, zamordowałbym go. Ale nie, kochałabyś go i śmierć jego sprawiłaby ci może przykrość.... Jakże ja cierpię! — wykrzyknąłem.

— Jeśli to przyrzeczenie może pana pocieszyć — rzekła wesoło — mogę pana zapewnić, że nie będę należała do nikogo...

— A więc — przerwałem jej — znieważa pani samego Boga i będziesz ukarana! Pewnego dnia, leżąc na otomanie, nie mogąc znieść ani głosu, ani światła, skazana na to, aby żyć niby w grobie, będziesz cierpiała niesłychane męki. Kiedy będziesz szukała przyczyny tych powolnych i zasłużonych męczarni, przypomnij sobie wówczas nieszczęścia, które tak hojnie sypałaś po drodze! Posiawszy wszędzie klątwy, wracając, zbierzesz nienawiści! Jesteśmy własnymi sędziami, katami sprawiedliwości, która panuje na ziemi i kroczy ponad sprawiedliwością ludzi, poniżej sprawiedliwości Boga.