— Ba! — rzekła, śmiejąc się — więc jestem taką zbrodniarką, że pana nie kocham? Czy to moja wina? Nie, nie kocham pana, jest pan mężczyzną, to wystarcza. Czuję się szczęśliwą sama; czemuż miałabym zamienić moje życie, samolubne, niech i tak będzie, na kaprysy władcy i pana? Małżeństwo jest to sakrament, mocą którego udzielamy sobie jedynie przykrości. Zresztą dzieci mnie nudzą. Czy nie uprzedziłam pana lojalnie co do mego charakteru? Czemu się pan nie zadowolił mą przyjaźnią? Chciałabym móc panu nagrodzić przykrości, jakie sprawiłam, nie domyślając się pańskich kłopotów pieniężnych; oceniam rozmiary pańskich ofiar; ale jedynie miłość mogłaby odpłacić pańskie oddanie, pańską delikatność, ja zaś jestem w tej chwili tak daleka od miłości, że ta scena działa na mnie przykro.
— Czuję, jak jestem śmieszny, niech mi pani wybaczy — rzekłem łagodnie, nie mogąc powstrzymać łez. — Dosyć panią kocham — ciągnąłem — aby słuchać z okrutną rozkoszą słów, które pani wymawia. Och! Chciałbym móc podpisać mą miłość całą moją krwią.
— Wszyscy mężczyźni raczą nas mniej lub więcej tymi klasycznymi zwrotami — odparła, śmiejąc się ciągle. — Ale zdaje się, że bardzo jest trudno umrzeć u naszych stóp, bo spotykam tych umarłych wszędzie... Jest północ, niech mi pan pozwoli iść spać.
— I za dwie godziny wykrzyknie pani: Mój Boże! — rzekłem.
— Przedwczoraj! Tak — rzekła — myślałam o moim bankierze, zapomniałam kazać mu zmienić moją rentę na trzyprocentową i w ciągu dnia trzyprocentowa spadła.
Patrzałem na nią okiem błyszczącym z wściekłości. Och! Niekiedy zbrodnia musi być całym poematem, zrozumiałem to. Oswojona z pewnością z najpłomienniejszymi oświadczynami, zapomniała już moich łez i moich słów.
— Czy wyszłaby pani za para Francji? — spytałem zimno.
— Może, gdyby w dodatku był księciem.
Wziąłem kapelusz, skłoniłem się jej.
— Niech mi pan pozwoli odprowadzić się do drzwi — rzekła, wkładając akcent dotkliwej ironii w swój gest, ruch głowy i ton.