— Tak, ale jestem winien krawcowi, gospodyni...
— Ty płacisz krawca? Nie będziesz nigdy niczym, nawet ministrem.
— Ale co możemy począć z dwudziestoma ludwikami?
— Iść grać.
Zadrżałem.
— A! — podjął, widząc mój skrupuł — chcesz się rzucić w to, co nazywam systemem marnotrawnym, a boisz się zielonego stolika!
— Słuchaj — odparłem — przyrzekłem ojcu nigdy nie przestąpić progów domu gry. Nie tylko przyrzeczenie to jest święte, ale zarazem doznaję nieprzezwyciężonej grozy, ilekroć przechodzę koło szulerni. Weź tych sto talarów i idź sam. Podczas gdy ty postawisz na kartę nasze mienie, ja pójdę załatwić moje sprawy i będę cię oczekiwał u ciebie w domu!
Oto, mój drogi, jak się zgubiłem. Wystarczy młodemu człowiekowi spotkać kobietę, która go nie kocha lub kobietę, która go zanadto kocha, aby całe jego życie spaczyło się. Szczęście pochłania nasze siły, tak jak nieszczęście gasi nasze cnoty. Wróciwszy do mego hoteliku, patrzyłem długo na poddasze, gdzie wiodłem czyste życie uczonego, życie, które byłoby może uczciwe, długie i którego nie powinienem był rzucać dla życia namiętności ciągnącego mnie w przepaść. Paulina zastała mnie pogrążonego w melancholii.
— Co panu? — spytała.
Wstałem zimno i odliczyłem pieniądze, które byłem winien jej matce, dodając komorne za pół roku. Patrzała na mnie przerażona.