— Opuszczam was, droga Paulino.
— Odgadłam! — wykrzyknęła.
— Słuchaj, moje dziecko, nie zarzekam się, że mogę tu wrócić. Zachowaj mi moją celę przez pół roku. Jeżeli nie będzie mnie tu do piętnastego listopada, odziedziczysz po mnie ten zapieczętowany rękopis — rzekłem, pokazując jej paczkę papierów — to kopia mego wielkiego dzieła o Woli; złożysz je w Bibliotece Królewskiej. Z resztą rzeczy, które tu zostawiam, zrobisz, co zechcesz.
Rzuciła mi spojrzenie, które mi zaciążyło na sercu. Paulina była mi w tej chwili niby żywym sumieniem.
— Nie będzie już lekcji? — rzekła, wskazując fortepian.
Nie odpowiedziałem.
— Czy będzie pan pisywał do mnie?
— Żegnaj, Paulino.
Przyciągnąłem ją lekko; na jej czole dziewiczym jak śnieg, który nie tknął ziemi, złożyłem pocałunek brata, pocałunek starca. Uciekła. Nie chciałem spotkać się z panią Gaudin. Złożyłem klucz na zwykłym miejscu i wyszedłem. Kiedym opuszczał ulicę de Cluny, usłyszałem za sobą lekkie kroki kobiece.
— Wyhaftowałam panu tę sakiewkę, czy i to pan odtrąci? — rzekła Paulina.