— Ty mi nie wierzysz. Znam cię, mój chłopcze, ty łżesz jak świeżo upieczony król.

— Jakże chcesz, abym wierzył w twoje pijackie brednie?

— Idę z tobą o zakład, mogę ci tego dowieść. Weźmy miarę.

— On nigdy nie uśnie — wykrzyknął Emil, widząc, że Rafael szpera po całej jadalni.

Dzięki owej jasności wzroku, której objawy kłócą niekiedy u pijanych z zamroczeniem pijaństwa, Valentin wynalazł z małpią zręcznością przybór do pisania i serwetkę, powtarzając wciąż:

— Weźmy miarę! Weźmy miarę.

— Dobrze więc, dobrze — odparł Emil — weźmy miarę.

Dwaj przyjaciele rozciągnęli serwetkę i przyłożyli do niej jaszczur. Emil, pewniejszy w rękach od Rafaela, obrysował atramentem kontur talizmanu, podczas gdy przyjaciel mówił:

— Pragnąłem dwustu tysięcy franków renty, nieprawdaż? Otóż kiedy je będę miał, ujrzysz, jak się cały ten mój jaszczur skurczy.

— Tak... A teraz śpij. Chcesz, abym cię ułożył tej kanapie? No, dobrze tak?