— No i co, co jemu? — wykrzyknął Taillefer. — Tanio doszedł do fortuny.
— Podtrzymaj go, kanclerzu! — rzekł Bixiou do Emila — radość go zabije.
Straszliwa bladość oblekła wszystkie mięśnie zniszczonej twarzy spadkobiercy; rysy jego ściągnęły się, twarz stała się niby trupia maska, oczy zmartwiały. Widział ŚMIERĆ. Ten świetny bankier otoczony zwiędłymi kurtyzanami, twarzami pełnymi przesytu, ta agonia rozkoszy była żywym obrazem jego życia. Rafael spojrzał trzykrotnie na talizman mieszczący się swobodnie w nieubłaganych liniach wykreślonych na serwetce: próbował wątpić, ale jasne przeczucie podcinało jego niewiarę. Świat należał doń, mógł wszystko i nie chciał już niczego. Jak podróżny w pustyni miał nieco wody dla ugaszenia pragnienia i mierzył życie na ilość łyków. Widział, ile dni miało go kosztować każde pragnienie. Wierzył już w jaszczur, słuchał swego oddechu, czuł się już chory, pytał siebie:
„Czy ja nie mam suchot? Czy matka moja nie umarła na płuca?”
— Ha, ha! Rafaelu! Ależ będziesz hulał! Co mi dasz? — mówiła Akwilina.
— Zdrowie nieboszczyka wuja, majora O’Flaharty! To mi człowiek!
— Zostanie parem Francji.
— Ba! Co to jest par Francji od Lipca! — rzekł sceptyk.
— Czy będziesz miał lożę w Operze?
— Mam nadzieję, że sprawisz nam tęgą bibę? — rzekł Bixiou.