— Taki człowiek jak Rafael zna swoje obowiązki — odparł Emil.

Okrzyki rozbawionego zgromadzenia rozlegały się w uszach Valentina, ale nie rozróżniał ani jednego słowa; myślał o mechanicznym i wyzutym z pragnień istnieniu bretońskiego chłopa, obarczonego dziećmi, orzącego rolę, żywiącego się gryką, zapijającego ją jabłecznikiem, wierzącego w Matkę Boską i w króla, przystępującego do komunii na Wielkanoc, tańczącego w niedzielę na murawie i nierozumiejącego kazań wikarego. Widok, jaki uderzył w tej chwili jego oczy, te złocone gzymsy, te kurtyzany, ta uczta, ten zbytek, ścisnęły go za gardło i pobudziły do kaszlu.

— Chcesz szparagów? — zawołał doń bankier.

Nie chcę niczego! — odparł Rafael grzmiącym głosem.

— Brawo! — odparł Taillefer. — Rozumiesz majątek: to jest patent na impertynencję. Jesteś nasz! Panowie, pijmy na cześć potęgi złota. Pan de Valentin, stawszy się sześciokrotnym milionerem, przychodzi do władzy. Jest królem, może wszystko, jest ponad wszystkim, jak wszyscy bogacze. Odtąd dla niego zdanie: WSZYSCY FRANCUZI SĄ RÓWNI WOBEC PRAWA jest kłamstwem wypisanym na czele konstytucji. Nie on będzie słuchał praw, ale prawa będą słuchały jego. Nie ma rusztowania, nie ma katów dla milionerów!

— Tak — odparł Rafael — sami są swymi katami!

— Także przesąd! — wykrzyknął bankier.

— Pijmy! — rzekł Rafael, chowając talizman do kieszeni.

— Co ty tam robisz? — rzekł Emil, przytrzymując rękę. — Panowie — dodał, zwracając się do zebranych, dosyć zdziwionych zachowaniem Rafaela — dowiedzcie się, że nasz przyjaciel de Valentin — co mówię? — pan margrabia de Valentin, posiada tajemnicę robienia majątku. Jego pragnienia spełniają w tej samej chwili, w której je poweźmie. O ile nie zechce uchodzić za chama, za człowieka bez serca, zrobi nas wszystkich bogaczami.

— Och, mój złociutki Rafaelu, ja chcę sznur pereł — wykrzyknęła Eufrazja.