— Cyt! cyt! — zawołał Jonatas na dwóch kuchcików, których głosy mąciły klasztorną ciszę pałacu.

— Ależ, panie — podjął profesor — czyżby pan margrabia był chory?

— Drogi panie — odparł Jonatas — Bóg jeden wie, co jest memu panu. Widzi pan, nie ma w Paryżu ani dwóch domów podobnych do naszego. Słyszy pan? Dwóch domów. Pan margrabia kupił ten pałac, który należał poprzednio do pewnego księcia. Wydał trzysta tysięcy franków na umeblowanie. Rozumie pan, to jest suma, trzysta tysięcy franków! Ale też każdy pokój w naszym domu to prawdziwy cud. „Brawo, powiedziałem sobie, widząc te wspaniałości, to jak u nieboszczyka jego dziadka: młody pan margrabia będzie prowadził otwarty dom”. Gdzie tam! Ani chciał kogo widzieć na oczy. Mój pan prowadzi dziwne życie, panie Porriquet, rozumie pan? Życie niewzruszone. Wstaje co dzień o tej samej godzinie. Jedynie ja, ja sam, widzi pan, mogę wejść do jego pokoju. Wchodzę o siódmej, latem czy zimą. Tak już postanowiono. Wszedłszy, powiadam:

— Panie margrabio, trzeba wstać i ubierać się.

Wstaje i ubiera się. Mam obowiązek podać mu szlafrok, zawsze tak samo skrojony i z tej samej materii. Mam obowiązek postarać się o nowy, skoro ten jest zużyty, jedynie aby oszczędzić memu panu kłopotu życzenia. Także dziwactwo! Ano cóż, ma tysiąc franków do przepuszczenia co dzień, robi co chce, kochane dziecko! Zresztą, ja go tak kocham, że gdyby mnie uderzył w twarz z jednej strony, nadstawiłbym mu drugą! Gdyby zażądał ode mnie najcięższej rzeczy, zrobiłbym, rozumie pan? Zresztą ubrał mnie w tyle drobiazgów, że mam się czym zająć. Czyta dzienniki, nieprawdaż? Mam rozkaz układać je w tym samym miejscu, na tym samym stole. Mam też o jednej i tej samej godzinie ogolić go i ręka mi nie drży! Kucharz straciłby tysiąc talarów dożywocia, które go czekają po śmierci jaśnie pana, gdyby śniadanie nie znalazło się niewzruszenie na stole o dziesiątej rano, a obiad punkt o piątej. Porządek dań ułożony jest na cały rok, dzień po dniu. Pan margrabia nie potrzebuje niczego pragnąć. Ma truskawki, kiedy są truskawki; pierwsza nowalia, która się ukaże w Paryżu, jest dla niego. Program jest wydrukowany, umie rano swój obiad na pamięć. Następnie ubiera się o tej samej godzinie, w to samo ubranie, w tę samą bieliznę, położoną zawsze przeze mnie — rozumie pan? — na tym samym fotelu. Mam czuwać, aby materia była zawsze ta sama; w razie potrzeby, jeżeli np. surdut się zniszczy, mam go zastąpić nowym, nie mówiąc ani słowa. Jeżeli jest ładnie, wchodzę i mówię do pana:

„Czy pan zechce wyjść?”

Odpowiada tak albo nie. Jeżeli ma ochotę na przejażdżkę, nie czeka na konie, zawsze są zaprzężone: woźnica czeka niewzruszenie, z batem w ręku, jak go pan widzi. Wieczorem, po obiedzie, pan bywa jednego dnia w Operze, drugiego we Włoskim... to jest nie, nie był jeszcze we Włoskim, dopiero wczoraj wystarałem się o lożę. Potem wraca punkt o jedenastej położyć się... Przez godziny, w których jest niezajęty, czyta, czyta ciągle, widzi pan! Takie już dziwactwo. Mam obowiązek przeglądać przed nim Dziennik księgarski i zakupywać nowe książki, tak aby je znalazł w dzień ukazania się na kominku. Mam zlecenie zachodzić do niego co godzinę, aby czuwać nad ogniem, nad wszystkim, aby doglądać, czy mu czego nie brakuje. Dał mi, proszę pana, do nauczenia się na pamięć małą książeczkę, gdzie są spisane wszystkie moje obowiązki, prawdziwy katechizm! W lecie mam za pomocą całych gór lodu utrzymywać jednaką temperaturę i w każdej porze roku starać się o świeże kwiaty. Jest bogaty! Ma tysiąc franków do schrupania dziennie, może zadowalać swoje kaprysy. Dosyć długo musiał się obywać bez wielu rzeczy, biedne dziecko! Nie dokucza nikomu, dobry jest jak aniołek, nigdy nie mówi ani słowa, ale też za to musi być zupełna cisza w pałacu i w ogrodzie! Słowem, pan Rafael nie potrzebuje wyrażać ani najmniejszego życzenia, wszystko idzie jak na skinienie, jak po sznurku! I ma rację: kiedy nie trzymać służby w karbach, wszystko się rozłazi. Mówię mu wszystko, co ma robić, i słucha mnie. Nie uwierzyłby pan, jak daleko to sięga. Pokoje jego są w am... w am... jak to się mówi? Aha! W amfiladzie. Więc tak, skoro otworzy — niby na przykład — drzwi od swego pokoju albo gabinetu, trach! Wszystkie drzwi otwierają się same z siebie za pomocą maszynerii. Tak że może przejść cały dom, nie natykając się ani na jedne drzwi zamknięte. To miłe i wygodne, no i przyjemne dla nas, służby! Grubo nas to kosztowało, to inna rzecz!... Wreszcie, trzeba panu wiedzieć, powiedział mi:

„Jonatas, będziesz o mnie troszczył się jak o dziecko w powijakach”.

W powijakach, tak, proszę pana, powiedział w powijakach!

„Będziesz myślał za mnie o moich potrzebach...”