— Powóz stoi — odparł nieznajomy starzec, wskazując świetny ekwipaż stojący pod daszkiem osłaniającym stopnie ganku. — Pan margrabia wyjdzie tutaj, zaczekam na niego.

— Ech, ojczulku, mógłbyś tu czekać do jutra rana — odparł szwajcar. — Zawsze jest w pogotowiu powóz dla jaśnie pana. Ale wyjdź pan stąd, proszę; straciłbym sześćset franków dożywotniej renty, gdybym raz wpuścił bez rozkazu obcą osobę do pałacu.

W tej chwili wysoki starzec w stroju dość podobnym do kostiumu woźnego w ministerium wynurzył się z sieni i zeszedł spiesznie kilka schodów, przyglądając się oszołomionemu staremu petentowi.

— Zresztą jest pan Jonatas — rzekł szwajcar — niech pan z nim pomówi.

Dwaj starcy, pociągnięci ku sobie wzajemną sympatią lub ciekawością, spotkali się w obszernym dziedzińcu, gdzie wśród bruku rosło parę ździebeł trawy. Przeraźliwa cisza panowała w tym pałacu. Widząc Jonatasa, chciałoby się przeniknąć rozpościerającą się na jego twarzy tajemnicę, o której mówił zarazem każdy szczegół tego zamarłego domu. Pierwszym staraniem Rafaela, skoro wszedł w posiadanie olbrzymiego spadku po wuju, było odszukać dawnego oddanego sługę, na którego przywiązanie mógł liczyć. Jonatas rozpłakał się z radości na widok młodego pana, którego pożegnał był — jak mniemał — na zawsze; ale szczęście jego doszło do zenitu, gdy margrabia powierzył mu wysokie funkcje intendenta. Stary Jonatas stał się potęgą pośredniczącą między Rafaelem a całym światem. Najwyższy rządca majątku swego pana, ślepy wykonawca nieznanej myśli, był niby szóstym zmysłem, przez który wzruszenia życia dochodziły do Rafaela.

— Panie, chciałbym mówić z panem Rafaelem — rzekł starzec do Jonatasa, wstępując na ganek, aby się schronić przed deszczem.

— Mówić z panem margrabią? — wykrzyknął intendent. — Zaledwie odzywa się do mnie, który go kołysałem na ręku, którego żona karmiła go swoim mlekiem.

— A ja! — wykrzyknął starzec. — Jeżeli pańska żona karmiła go swym mlekiem, ja, ja sam dawałem mu ssać z piersi Muz. Jest moim mlecznym synem, moim dzieckiem, carus alumnus! Ukształtowałem jego mózg, hodowałem jego inteligencję, rozwinąłem talent, i to, śmiem powiedzieć, na moją cześć i chwałę. Czyż nie jest jednym z najwybitniejszych ludzi naszej epoki? Miałem go pod sobą w szóstej, trzeciej i w retoryce. Jestem jego profesorem.

— A, pan Porriquet?

— Właśnie. Ale...