— Mój drogi przyjacielu — rzekł Emil uroczyście — ja się zadowolę dwustoma tysiącami renty; nie daj się prosić, no!
— Emilu — rzekł Rafael — czyż nie wiesz za jaką cenę?
— Ładna wymówka! — wykrzyknął poeta. — Czyż nie godzi się poświęcić dla przyjaciół?
— Miałbym prawie ochotę życzyć wam wszystkim śmierci — odparł Valentin, obejmując biesiadników posępnym i głębokim spojrzeniem.
— Umierający są diabelnie okrutni — rzekł Emil, śmiejąc się. — Jesteś tedy bogaty — dodał poważnie — otóż zaręczam ci, że do dwóch miesięcy staniesz się brudnym egoistą. Już jesteś głupi; nie rozumiesz żartu! Brakło ci jeszcze tego, abyś uwierzył w swój jaszczur...
Lękając się drwin towarzystwa, Rafael zamilkł; pił bez miary i upił się, aby zapomnieć na chwilę o swej złowrogiej potędze.
III. Agonia
W pierwszych dniach grudnia siedemdziesięcioletni starzec kroczył mimo deszczu ulicą de Varenne, podnosząc głowę przy każdym domu i szukając z naiwnością dziecka i roztargnieniem filozofa adresu margrabiego Rafaela de Valentin. Wyraz głębokiej troski mocującej się z despotycznym charakterem malował się na tej twarzy okolonej długimi, siwymi włosami w nieładzie, wysuszonej jak stary pergamin, gdy się zwija w ogniu. Gdyby jakiś malarz spotkał tę szczególną osobistość, czarno ubraną, chudą i kościstą, bez wątpienia wróciwszy do pracowni, uwieczniłby ją w albumie z takim podpisem: Poeta klasyczny w poszukiwaniu rymu. Sprawdziwszy numer, który mu wskazano, ta żywa palingeneza Rollinowska zapukała lekko do bramy wspaniałego pałacu.
— Czy pan Rafael w domu? — spytał starowina szwajcara w liberii.
— Pan margrabia nie przyjmuje nikogo — odparł służący, pochłaniając olbrzymi kawał bułki rozmoczony w kawie.