— On cierpi na epilepsję! — rzekł Porriquet z cicha.
— Rozumiem twoją dobroć, mój przyjacielu — podjął łagodnie Rafael — chcesz mnie usprawiedliwić. Choroba jest przypadkiem, nieludzkość byłaby występkiem. Zostaw mnie teraz. Jutro albo pojutrze, może dziś wieczór, otrzymasz swoją nominację, opór bowiem odniósł tryumf nad ruchem... Bądź zdrów.
Starzec odszedł przejęty zgrozą i wielce zaniepokojony o stan umysłowy Rafaela. Scena ta miała dlań coś nadnaturalnego. Wątpił o samym sobie, tak jak gdyby się obudził z ciężkiego snu.
— Słuchaj, Jonatas — rzekł młody człowiek, zwracając się do starego sługi. — Staraj się zrozumieć misję, jaką ci powierzyłem!
— Tak, panie margrabio.
— Jestem człowiekiem stojącym poza powszechnym prawem.
— Tak, panie margrabio.
— Wszystkie rozkosze życia igrają koło mego śmiertelnego łoża i tańczą przede mną niby piękne kobiety; jeżeli je zawołam, umrę. Wciąż śmierć! Powinieneś być zaporą między światem a mną.
— Tak, panie margrabio — rzekł stary sługa, ocierając krople potu perlące jego pomarszczone czoło. — Ale, jeżeli pan nie chce widzieć ładnych kobiet, co pan z sobą pocznie na operze?... Angielska rodzina wracająca do Londynu ustąpiła mi resztę swego abonamentu, będzie pan miał dobrą lożę... och! Wspaniałą lożę na pierwszym piętrze.
Pogrążony w głębokiej zadumie Rafael nie słuchał.