Czy widzicie ten bogaty pojazd, tę karetę prostą na pozór, ciemnego koloru, ale na której drzwiczkach błyszczy herb starożytnego i szlachetnego rodu? Kiedy ten powóz przebiega szybko, gryzetki podziwiają go, zazdroszczą żółtego atłasu, dywanu, pasmanterii świeżej jak słoma ryżowa, miękkich poduszek, zwierciadlanych szyb. Dwaj lokaje w liberii siedzą za tym arystokratycznym pojazdem; ale w głębi na atłasowej poduszce spoczywa płonąca głowa o podkrążonych oczach, smutna i zamyślona, głowa Rafaela. Żałosny obraz bogactwa! Pędzi przez Paryż niby raca, zajeżdża przed teatr Favart, stopień karety się odchyla, dwaj lokaje podtrzymują go, zazdrosna ciżba patrzy nań.
— Co on zrobił, ten, aby być tak bogaty? — rzekł biedny student praw, który dla braku jednego talara nie mógł słyszeć czarownych akordów Rossiniego.
Rafael szedł wolno przez korytarze; nie spodziewał się żadnej przyjemności po owych uciechach, których tak niegdyś zazdrościł. Oczekując drugiego aktu Semiramidy, przechadzał się po foyer, błądził po krużgankach, nie troszcząc się o swą lożę, do której jeszcze nie zaszedł. Poczucie własności nie istniało już w jego sercu. Podobnie jak wszyscy chorzy, myślał jedynie o swojej chorobie. Wsparty o marmurowy kominek, dokoła którego krążyli w foyer młodzi i starzy eleganci, dawni i nowi ministrowie, parowie bez parostwa i parostwa bez parów — owoce rewolucji lipcowej — wreszcie cały świat spekulantów i dziennikarzy, Rafael ujrzał o kilka kroków, wśród wszystkich tych twarzy, dziwną i osobliwą fizjonomię. Zbliżył się, mrużąc bardzo impertynencko oczy, do tej niezwykłej istoty, aby się jej przyjrzeć z bliska. „Co za cudowne malowidło!” powiadał sobie. Brwi, włosy, bródka à la Mazarin, którymi paradował nieznajomy, były pomalowane czarno; ale w zetknięciu z włosem, z pewnością zbyt siwym, kosmetyk dał jakiś fioletowy i sztuczny odcień, którego tony zmieniały się wedle mniej lub więcej żywej gry świateł. Wąska i płaska twarz, na której zmarszczki były wypełnione grubą warstwą blanszu i różu, wyrażała zarazem chytrość i niepokój. W kilku miejscach brakło tego malowidła i tam ujawniała się tym bardziej sina i zniszczona cera; toteż niepodobna było nie śmiać się, widząc tę głowę o szpiczastej brodzie, o wystającym czole, dość podobną do owych pociesznych drewnianych figur, jakie w Niemczech rzeźbią pasterze w chwilach wypoczynku. Przyglądając się kolejno temu staremu Adonisowi i Rafaelowi, obserwator byłby rozpoznał u margrabiego oczy młodzieńca pod maską starca, u nieznajomego zaś zgasłe oczy starca pod maską młodzieńca. Valentin silił się przypomnieć sobie, w jakich okolicznościach widział tego starowinę, który w wykwintnym krawacie, w butach podzwaniał ostrogami i zakładał ramiona z miną człowieka mającego do rozporządzenia wszystkie siły bujnej młodości. W chodzie jego nie było nic sztucznego ani sztywnego. Wytworny i starannie zapięty fraczek oblekał krzepką mimo wieku postać starego eleganta, idącego jeszcze z prądem mody. Ta marionetka pełna życia miała dla Rafaela urok zjawy; przyglądał się jej niby staremu sczerniałemu Rembrandtowi, świeżo odrestaurowanemu, powerniksowanemu, wstawionemu w nową ramę. Porównanie to pozwoliło mu odnaleźć ślad prawdy w swoich mglistych wspomnieniach: poznał handlarza starożytności, człowieka, któremu zawdzięczał swoje nieszczęście. W tej samej chwili niemy śmiech wymknął się tej fantastycznej osobistości i zarysował się na jej zimnych wargach napiętych sztuczną szczęką. Pod wpływem tego śmiechu żywa wyobraźnia Rafaela odkryła w tym człowieku uderzające podobieństwo z głową, jaką malarze dają Mefistofelesowi Goethego. Tysiączne zabobony owładnęły duszą Rafaela, uwierzył w tej chwili w potęgę czarta, we wszystkie czarnoksięstwa zawarte w legendach średniowiecznych i wskrzeszone przez poetów. Wzdrygając się ze zgrozą przed losem Fausta, wezwał nagle niebo ku pomocy, mając jak ludzie umierający żarliwą wiarę w Boga i w Najświętszą Pannę. Promienne i lube światło dało mu ujrzeć niebo Michała Anioła i Sanzja z Urbino: chmury, starca z białą brodą, uskrzydlone główki, piękną kobietę siedzącą w aureoli. Obecnie rozumiał, pojmował te cudne twory, których uroki niemal żywe tłumaczyły mu jego przygodę i pozwalały jeszcze mieć nadzieję. Ale kiedy oczy jego wróciły do foyer teatru, wówczas zamiast Najświętszej Dziewicy ujrzał cudną dziewczynę, ohydną Eufrazję, ową tancerkę o gibkim i zwinnym ciele, która ubrana w lśniącą suknię, okryta wschodnimi perłami podbiegła żywo do spragnionego starca i ukazała się, bezczelna, z zuchwałym czołem, z błyszczącymi oczyma, temu zawistnemu światu, aby świadczyć o bezgranicznym bogactwie kupca, którego trwoniła skarby. Rafael przypomniał sobie drwiące życzenie, jakim przyjął nieszczęsny podarek starca i zakosztował wszystkich rozkoszy zemsty, patrząc na głębokie upokorzenie tej wzniosłej mądrości, której upadek zdawał się niegdyś niemożliwy. Posępny uśmiech stuletniego patriarchy zwrócił się do Eufrazji, która odpowiedziała nań miłosnym słówkiem: starzec podał jej wyschłe ramię, obszedł parę razy foyer, zgarnął z rozkoszą namiętne spojrzenia i komplementy rzucane garściami jego kochance, nie widząc wzgardliwych śmiechów, nie słysząc gryzących szyderstw, których był przedmiotem.
— Na jakim cmentarzu ten młody gul wygrzebał tego trupa? — wykrzyknął najwykwintniejszy z naszych romantyków.
Eufrazja uśmiechnęła się. Kpiarz był to młody blondyn o błękitnych oczach, smukły, z wąsikami, w kusym modnym fraczku, w kapeluszu na bakier, cięty w języku, słowem, w pełnym rynsztunku.
„Iluż starców — pomyślał Rafael — kończy szaleństwem życie całe uczciwości, pracy, cnoty! Ten ma już zimne nogi a goni za miłością...”
— I cóż, panie — wykrzyknął Valentin, zatrzymując kupca i rzucając wymowne spojrzenie Eufrazji — nie przypomina pan już sobie surowych zasad swojej filozofii?
— Ba! — odparł kupiec bezdźwięcznym już głosem — jestem obecnie szczęśliwy jak młodzieniec. Wziąłem istnienie na opak. Całe życie mieści się w godzinie miłości.
W tej chwili rozległ się dzwonek i publiczność pobiegła zająć miejsca. Starzec i Rafael rozstali się. Wchodząc do loży, margrabia ujrzał Fedorę siedzącą po przeciwnej stronie sali, na wprost niego. Hrabina przybyła zapewne niedawno; odrzucała szal, odsłaniała szyję, wykonywała mnóstwo nieznacznych gestów pozującej się kokietki: wszystkie spojrzenia skupiały się na niej. Towarzyszył jej młody par Francji: poprosiła go o lornetkę, którą mu powierzyła. Po jej geście, po sposobie, w jaki spojrzała na tę nową ofiarę, Rafael odgadł tyranię, jaką cierpiał jego następca. Oczarowany bez wątpienia tak jak on sam niegdyś, mamiony jak on, walczący całą potęgą prawdziwej miłości przeciw zimnym rachubom tej kobiety, ów młody człowiek musiał cierpieć wszystkie męki, których Rafael szczęśliwie się wyrzekł. Niewysłowiona radość ożywiła fizjonomię Fedory, kiedy wymierzywszy lornetkę na wszystkie loże i pospiesznie przejrzawszy tualety, mogła sobie rzec, że zmiażdżyła strojem i urodą najładniejsze, najwykwintniejsze kobiety w Paryżu; zaśmiała się, aby pokazać białe zęby, potrząsnęła głową strojną w kwiaty, aby ściągnąć zachwycone spojrzenia. Oczy jej biegły od loży do loży, drwiąc sobie z niezręcznie umocowanego beretu na głowie jakiejś rosyjskiej księżnej lub z nieudanego kapelusza, który fatalnie był nie do twarzy córce bankiera. Naraz zbladła, widząc nieruchomy wzrok Rafaela; odepchnięty kochanek spiorunował ją spojrzeniem niewymownej wzgardy. Podczas gdy żaden z wygnanych zalotników nie urągał jej potędze, jedyny Valentin bezpieczny był od jej pokus. Władza, której ktoś bezkarnie urąga, bliska jest upadku. Maksyma ta wyryta jest głębiej w sercu kobiet niż w głowie królów. Toteż Fedora widziała w Rafaelu śmierć swoich powabów i swej zalotności. Słówko rzucone przezeń w wilię w Operze już stało się sławne w salonach paryskich. Ostrze tego straszliwego pocisku zadało hrabinie nieuleczalny cios. We Francji umiemy kauteryzować rany, ale nie znamy jeszcze lekarstwa na skutki złośliwego słówka. W chwili gdy wszystkie kobiety spoglądały kolejno na margrabiego i na hrabinę, Fedora byłaby chciała wtrącić go w czeluść jakiej Bastylii, mimo bowiem talentu udawania, rywalki odgadły jej cierpienia. Wreszcie wymknęła się jej ostatnia pociecha. Te rozkoszne słowa: „Jestem najładniejsza!”, to wiekuiste zdanie, które koiło wszystkie zgryzoty jej próżności, stało się kłamstwem. Z początkiem drugiego aktu jakaś kobieta zajęła miejsce obok Rafaela, w loży, która dotąd była pusta. Cała sala wydała szmer podziwu. To morze twarzy ludzkich poruszyło się inteligentną falą i wszystkie oczy zwróciły się na nieznajomą. Młodzi i starzy uczynili tak przeciągły zgiełk, że w chwili podniesienia kurtyny muzykanci w orkiestrze obrócili się zrazu, aby żądać milczenia; ale i oni przyłączyli się do oklasków i powszechnego szmeru. Ożywione rozmowy zawiązały się we wszystkich lożach. Wszystkie kobiety uzbroiły się w lornetki; starzy, odmłodzeni, przecierali rękawiczką szkła. Stopniowo zachwyt uśmierzył się, rozległ się na scenie śpiew, wszystko wróciło do porządku. Wielki świat, zawstydzony, iż uległ naturalnemu odruchowi, odzyskał arystokratyczny chłód swoich dwornych manier. Bogacze chcą się nie dziwić niczemu; powinni od pierwszego rzutu oka spostrzec w pięknym dziele wadę, która ich zwolni od podziwu: uczucie dobre dla pospólstwa! Mimo to ten i ów z mężczyzn, nie słuchając muzyki, pogrążony w naiwnym zachwycie wpatrywał się bez ruchu w sąsiadkę Rafaela. Valentin ujrzał w parterowej lóżce obok Akwiliny plugawą i krwistą twarz Taillefera, który przesyłał mu pochwalne znaki. Później ujrzał Emila, który stojąc w fotelach, zdawał się mówić: „Ależ patrzże na to piękne stworzenie, które masz koło siebie”. Wreszcie Rastignac, siedząc koło pani de Nucingfen i jej córki, szarpał rękawiczkę jak człowiek w rozpaczy, że jest przykuty tutaj, nie mogąc pospieszyć do pięknej nieznajomej. Życie Rafaela zależało od nienaruszonego dotąd paktu, jaki zawarł sam ze sobą: przyrzekł sobie nigdy nie spojrzeć bacznie na żadną kobietę i aby być wolnym od pokusy, nosił lornetkę, w której kunsztownie pomieszczone mikroskopijne szkiełko niweczyło harmonię najpiękniejszych rysów, zniekształcając je. Jeszcze pod wrażeniem grozy, która go ogarnęła rano, kiedy pod wpływem prostego uprzejmego życzenia talizman skurczył się tak szybko, Rafael postanowił niezłomnie nie obrócić się do sąsiadki. Rozparty jak jaka księżna, obrócony plecami, zasłaniał niegrzecznie nieznajomej pół sceny, wyraźnie lekceważąc ją, nie chcąc nawet wiedzieć, że piękna kobieta znajduje się tuż za nim. Sąsiadka wiernie naśladowała pozycję Rafaela: oparła łokieć na krawędzi loży i patrząc na śpiewaków trzymała głowę nieco w bok, jak gdyby pozowała do portretu. Oboje wyglądali na parę sprzeczających się kochanków, którzy się dąsają na siebie, obracają się do siebie plecami, a padną sobie w objęcia za pierwszym czulszym słowem. Chwilami lekki stroik z piór lub włosy nieznajomej muskały głowę Rafaela i sprawiały mu rozkosz, przeciw której bronił się mężnie; niebawem uczuł lube dotknięcie blondynowych falbanek okalających suknię; sama suknia wydawała miękki szelest pełen czarodziejskiej pokusy; wreszcie nieznaczne drżenie, w jakie oddech wprawiał piersi, plecy, suknie tej ładnej kobiety, całe jej lube życie udzieliło się nagle Rafaelowi jak iskra elektryczna; tiule i koronki, łaskocąc jego ramię, przeniosły na nie wiernie rozkoszne ciepło tych białych i nagich pleców. Jakby przez kaprys natury dwie te istoty, rozgrodzone przez „dobry ton”, rozdzielone otchłanią śmierci, oddychały razem i myślały może wzajem o sobie. Przejmujący zapach aloesu do reszty upoił Rafaela. Wyobraźnia jego, podrażniona jeszcze przeszkodami i zaporami, narysowała mu nagle płomiennymi rysami obraz kobiety. Obrócił się szybko. Nieznajoma, zapewne zniecierpliwiona tak bliskim sąsiedztwem z obcym mężczyzną, uczyniła podobny ruch; twarze ich, ożywione tą samą myślą, znalazły się na wprost siebie.
— Paulina!