W tej chwili ciężkie kroki ogrodnika, pod którego okutymi butami zaskrzypiał piasek w alei, rozległy się koło cieplarni.
— Niech pan wybaczy, panie margrabio, jeżeli przeszkadzam, i jaśnie pani także, ale przynoszę państwu osobliwość, jakiej jeszcze nigdy nie widzieli. Przed chwilą, kiedy, za pozwoleniem państwa, wyciągnąłem ze studni wiadro wody, wydostałem ten osobliwy wodorost! O, jest! Musi to być bardzo nawykłe do wody, bo ani nie zwilgło ani nie przemokło. Suche to jak drewno i wcale nietłuste. Ponieważ pan margrabia jest z pewnością uczeńszy ode mnie, pomyślałem że trzeba mu to przynieść i że go to zajmie.
I ogrodnik pokazał Rafaelowi nieubłagany jaszczur, którego powierzchnia nie miała ani sześciu kwadratowych cali.
— Dziękuję, Vanière — rzekł Rafael. — To bardzo ciekawe.
— Co tobie, aniele? Ty bledniesz! — wykrzyknęła Paulina.
— Zostaw nas, Vanière.
— Głos twój przeraża mnie — ciągnęła młoda dziewczyna — dziwnie jest zmieniony... Co tobie? Co się tobie dzieje? Gdzie cię boli? Tobie niedobrze! Lekarza! — krzyknęła. — Jonatas, na pomoc!
— Cicho, Paulino, cicho — odparł Rafael, odzyskując panowanie nad sobą. — Chodźmy stąd. Jest tu może jakiś kwiat, którego zapach mnie mdli. Może to ta werwena?
Paulina skoczyła ku niewinnej roślinie, chwytając za łodygę i rzucając w ogród.
— O mój aniele! — wykrzyknęła, obejmując Rafaela uściskiem silnym jak ich miłość i podając mu z tkliwą zalotnością wiśniowe wargi do pocałunku — widząc, jak bledniesz, zrozumiałam, że ja bym cię nie przeżyła: twoje życie jest moim życiem. Rafaelu, dotknij ręką moich pleców. Czuję w nich jeszcze mróz. Wargi twoje są palące. A twoja ręka?... Jest jak lód — dodała.