— Ale niech pani się uspokoi, ona już jest stara...
— Ach, Justysiu, bywają mężczyźni, dla których nie ma starych kobiet; mężczyźni są nie do pojęcia.
— Ale, proszę pani, to nie jest żadna dama, to taka sobie prosta kobieta.
— Moja Justysiu, lord Byron żył w Wenecji z jakąś rybaczką; pani de Fischtaminel mi to opowiadała.
I Karolina zalewa się łzami.
— Wybadałam Benedykta.
— I cóż, co myśli Benedykt?...
— Benedykt myśli, że ta kobieta jest pośredniczką, bo pan ukrywa się przed wszystkimi, nawet przed Benedyktem.
Karolina przez osiem dni przechodzi prawdziwe piekło, wszystkie jej oszczędności idą na opłacanie szpiegów, na kupowanie donosów.
Wreszcie Justysia odnajduje tę kobietę, która nosi nazwisko pani Mahuchet, przekupuje ją, dowiaduje się na koniec, że panu z czasów jego burzliwej młodości pozostał owoc, rozkoszny chłopaczek podobny do niego jak dwie krople wody, że ta kobieta jest jego niańką, opiekunką, która czuwa nad małym Fryderykiem, płaci za niego pensję w kolegium257; przez jej ręce przechodzą te tysiąc dwieście lub dwa tysiące franków, które pan corocznie rzekomo przegrywa w karty.