W tej chwili mały Adolfek, który już nie wie, co ma z sobą począć w tej ruchomej arce, zwinął się smutnie w kąciku poduszek.
— Co ci jest, dziecko? — pyta zaniepokojona babcia.
— Głodny jestem. — odparło dziecko.
— Głodny jest. — rzekła matka do córki.
— Jakżeżby nie miał być głodny? Jest wpół do szóstej, nie jesteśmy jeszcze nawet przy rogatce, a jedziemy już od dwóch godzin!
— Twój mąż mógł nas był wziąć na obiad gdzieś za miastem.
— Widocznie woli nadłożyć dwie mile, umęczyć konia i wrócić do domu.
— I kucharka miałaby wolną niedzielę. Ale ostatecznie Adolf ma słuszność. Zawsze to jest oszczędność zjeść obiad u siebie. — odparła teściowa.
— Adolfie — wykrzykuje twoja żona, podrażniona słowem oszczędność. — jedziemy tak wolno, jakbyś chciał nas doprowadzić do morskiej choroby, a w dodatku, wleczesz nas, jakby umyślnie, w tych kłębach czarnego kurzu. O czym ty myślisz? Moja suknia i kapelusz będą zupełnie na nic!
— Czy wolisz, abym zaprzepaścił naszego konia? — odpowiadasz, sądząc, iż przytoczyłeś ostateczny argument.