Każdy domyśla się, iż dziennikarz przechowywał te wiersze w pamięci co najmniej od dziesięciu lat, natchnęła mu je bowiem za Restauracji trudność wybicia się. Pani de La Baudraye spojrzała na Stefana ze współczuciem, jakie budzą niedole geniuszu, a pan de Clagny, który podchwycił to spojrzenie, uczuł w sercu nienawiść do tego fałszywego Chorego młodziana11. Zasiadł do triktraka z proboszczem. Młody Boirouge nadzwyczaj skwapliwie przyniósł graczom lampę, tak iż pełne światło padało na panią de La Baudraye, która wzięła robótkę; ubierała koszyk na papiery wiórami z łoziny. Trzej spiskowcy ugrupowali się dokoła.

— Dla kogo ten ładny koszyczek? — rzekł dziennikarz. — Na jakąś loterię dobroczynną?

— Nie — odparła — dobroczynność przy dźwiękach trąb wydaje mi się zbyt afektowana.

— Jest pan bardzo niedyskretny — rzekł pan Gravier.

— Czy jest w tym niedyskrecja — rzekł Lousteau — spytać, kto będzie szczęśliwym śmiertelnikiem, któremu przypadnie koszyk pani?

— Nie ma żadnego szczęśliwego śmiertelnika — odparła Dina — po prostu dla męża.

Prokurator popatrzył smętnie na panią de La Baudraye i koszyk, jak gdyby mówiąc sobie w duchu: „No i przepadł mój kosz na papiery!”.

— Jak to, nie chce pani, abyśmy go mienili szczęśliwym, iż posiada ładną żonę, która robi dlań tak ładne rzeczy na tym prześlicznym koszyczku? Jeżeli się kiedy ożenię, chciałbym, aby po dwunastu latach małżeństwa koszyczki, które będzie haftowała moja żona były dla mnie.

— Czemuż nie miałyby być dla pana? — rzekła pani de La Baudraye, podnosząc na Stefana piękne, szare oczy pełne zalotności.

— Paryżanie nie wierzą w nic — rzekł prokurator z goryczą. — Cnotę kobiet zwłaszcza podają w wątpliwość z bezprzykładną śmiałością. Tak, od pewnego czasu książki, jakie drukujecie, panowie pisarze, wasze rewie, wasze sztuki teatralne, cała wasza bezecna literatura wspiera się na cudzołóstwie...