— To zmienia wszystko — wykrzyknął Lousteau — przygotowywaliście wszyscy grunt dla zamorskich panów.
Generalny poborca oraz młody prezydentowicz wymienili rzut oka, który zdawał się mówić: „Czy nie ma w tym zdaniu jakiej złośliwości? Czy powinniśmy się śmiać, czy też obrazić?”.
— Jeżeli — szepnął dziennikarz do ucha Bianchona — Dina jest cnotliwa, warta jest, abym uszczknął owoc jej pierwszej miłości.
Myśl o zdobyciu w kilka chwil fortecy, która opierała się dziewięć lat sancerczykom, uśmiechnęła się Stefanowi. W tej intencji zeszedł pierwszy do ogrodu, spodziewając się spotkać kasztelankę. Przypadek ów ziścił się tym łatwiej, iż pani de La Baudraye miała ochotę porozmawiać ze swoim krytykiem. Połowa przypadków jest umyślna.
— Wczoraj polował pan — rzekła pani de La Baudraye. — Dziś rano jestem nieco w kłopocie z wynalezieniem jakiej nowej rozrywki; chyba że zechcecie pojechać do La Baudraye, gdzie będzie pan mógł obserwować prowincję nieco lepiej niż tutaj, moje śmiesznostki bowiem starczyły panu ledwie na jeden kąsek; ale przysłowie o najładniejszej dziewczynie pod słońcem dotyczy także i biednej kobiety z prowincji.
— Ten głuptas Kajcio — odparł Lousteau — powtórzył pani z pewnością słowa, które powiedziałem, aby zeń wyciągnąć wyznanie, że panią ubóstwia. Milczenie pani przedwczoraj przy obiedzie i przez cały wieczór dowodnie objaśniło mnie o niedyskrecji, jednej z tych, jakich nie popełnia się nigdy w Paryżu. Cóż pani chce? Ja nie mam pretensji do tego, abym był jasnowidzem. Toteż wczoraj uplanowałem opowiadanie tych wszystkich historii jedynie po to, aby się przekonać, czy obudzimy w pani i w panu de Clagny jaki wyrzut... Och! Niech się pani uspokoi, mamy dowody jej niewinności. Gdyby się pani dopuściła najmniejszej słabostki z udziałem tego cnotliwego urzędnika, straciłaby pani wszelką cenę w moich oczach. Lubię to, co jest zupełne. Nie kocha pani, nie może pani kochać tego zimnego, małego, suchego, niemego kutwy, pochłoniętego beczkami i ziemią, który gotów jest odbiec panią w każdej chwili, aby wytargować dwadzieścia pięć centymów na otawach! Och! W lot poznałem tożsamość pana de La Baudraye z naszymi paryskimi lichwiarzami: ta sama natura. Dwadzieścia osiem lat, piękna, cnotliwa, bezdzietna... wie pani, nigdy nie zdarzyło mi się spotkać lepiej postawionego problematu cnoty... Autor Pakity z Sewilli musiał prześnić dużo snów!... Mogę mówić do pani o tym wszystkim bez obłudy, do jakiej czują się zobowiązani młodzi ludzie; jestem stary przed czasem. Nie mam już złudzeń; alboż je można zachować w moim rzemiośle?...
Zaczynając w ten sposób, Lousteau omijał całą mapę krainy Czułości, w której prawdziwe uczucie robi tak długie etapy; szedł prosto do celu i stawiał się w pozycji człowieka pozwalającego sobie ofiarować to, o co kobiety każą się prosić przez tyle lat; świadkiem biedny prokurator, dla którego najwyższy fawor polegał na tym, aby przycisnąć nieco mocniej niż zwykle ramię Diny, kiedy prowadził ją pod rękę, szczęśliwy człowiek! Toteż, aby nie skłamać swej renomie niepospolitej kobiety, pani de La Baudraye starała się pocieszyć Manfreda Felietonu, przepowiadając mu przyszłość miłosną, o jakiej ani nie śni.
— Szukał pan przyjemności, ale nie kochał pan jeszcze — rzekła. — Wierz mi pan, prawdziwa miłość przychodzi często w życiu na wspak wszelkiemu sensowi. Patrz pan na pana de Gentz, który na schyłku lat rozkochał się w Fanny Elster i zostawił rewolucję lipcową jej losom dla prób tej tancerki!
— To mi się wydaje trudne — rzekł Lousteau. — Wierzę w miłość, ale nie wierzę już w kobietę... Muszą być we mnie jakieś wady, które nie pozwalają mnie pokochać, często bowiem kobiety porzucały mnie. Może mam za wiele poczucia ideału... jak wszyscy ci, którzy zanadto ryli się w rzeczywistości...
Pani de La Baudraye doczekała się wreszcie rozmowy z człowiekiem, który, rzucony w najbardziej lotne środowisko paryskie, przynosił stamtąd zuchwałe aksjomaty, deprawacje niemal naiwne, śmiałe przekonania, i który, jeśli nie był człowiekiem wyższym, odgrywał przynajmniej wyższość bardzo dobrze. Stefan zyskał w oczach Diny cały sukces premiery. Pakita z Sancerre odetchnęła burzami Paryża, powietrzem Paryża. Spędziła jeden z najmilszych dni swego życia między Stefanem a Bianchonem, którzy opowiadali jej ciekawe anegdotki o wielkościach dnia, poufne rysy, które kiedyś będą figurować w annałach naszego wieku, powiedzenia i wypadki pospolite w Paryżu, ale dla niej zupełnie nowe. Naturalnie Lousteau wyrażał się bardzo ujemnie o wielkiej sławie niewieściej z Berry w wyraźnej intencji pochlebienia pani de La Baudraye i sprowadzenia jej na grunt zwierzeń literackich: traktował George Sand jako jej rywalkę. Pochwała ta upoiła panią de La Baudraye; panu de Clagny, generalnemu poborcy i młodemu Boirouge wydało się, iż jest serdeczniejsza ze Stefanem niż w wilię. Wielbiciele Diny żałowali mocno, iż udali się wszyscy do Sancerre, gdzie odbębnili wieczór w Anzy. Nigdy ich zdaniem nie słyszał nikt nic równie dowcipnego; godziny biegły tak, iż nie sposób było dojrzeć ich lekkich stóp. Wysławiali obu paryżan jak dwa cudy. Przesady te, otrąbione po Mail, miały ten skutek, iż sprowadziły wieczorem do zamku szesnaście osób, jedne w familijnej landarze, drugie w kabrioletach, paru kawalerów najętymi końmi. Około siódmej prowincja wparadowała mniej lub więcej godnie do olbrzymiego salonu, który Dina, uprzedzona o najeździe, kazała suto oświetlić i któremu nadała cały blask, uwalniając piękne meble z szarych pokrowców; wieczór ten bowiem przedstawiał się jej jako jeden z wielkich dni jej życia. Lousteau, Bianchon i Dina wymienili dowcipne i porozumiewawcze spojrzenia, obserwując pozy, słuchając odezwań tych znęconych ciekawością gości. Ile spłowiałych wstążek, dziedzicznych koronek, kwiatów bardziej sztukowanych niż sztucznych zabłysło zuchwale na dwuletnich kapeluszach! Prezydentowa Boirouge, kuzynka Bianchona, poszeptała nieco z doktorem i uzyskała od niego bezpłatną konsultację, rozpowiadając mu swoje rzekome nerwobóle żołądka, pod którymi lekarz domyślił się łatwo periodycznych niestrawności.