— Pij pani po prostu co dzień herbatę w godzinę po obiedzie, jak Anglicy, a będzie pani zdrowa, to bowiem, czego pani doświadcza, to choroba angielska — rzekł poważnie Bianchon.
— Rzeczywiście, to bardzo wielki lekarz — rzekła prezydentowa, wracając do pani de Clagny, pani Popinot-Chandier i burmistrzowej Gorju.
— Powiadają — odparła pod wachlarzem pani de Clagny — że Dina sprowadziła go nie tyle dla wyborów, ile aby się dowiedzieć, skąd pochodzi jej niepłodność...
W pierwszej chwili powodzenia Lousteau przedstawił uczonego lekarza jako jedynego możliwego kandydata przy najbliższych wyborach. Ale Bianchon, ku zadowoleniu nowego podprefekta, oświadczył, iż byłoby mu prawie niepodobieństwem opuścić naukę dla polityki.
— Jedynie — rzekł — lekarze bez klienteli mogą się bawić w posłowanie. Bierzcież tedy mężów stanu, myślicieli, ludzi o rozległej wiedzy, którzy by umieli wznieść się do wyżyn, na jakich powinien znajdować się prawodawca, oto czego brakuje w naszych Izbach, czego potrzeba krajowi.
Kilka panienek, paru młodych ludzi oraz dojrzałych pań przyglądało się Stefanowi, jak gdyby był linoskoczkiem.
— Pan Kajetan Boirouge twierdzi, że pan Lousteau zarabia dwadzieścia tysięcy na rok pisaniem — rzekła żona mera do pani de Clagny — czy pani w to wierzy?
— Czy to możliwe? Toż prokurator pobiera tylko trzy tysiące...
— Panie Kajetanie — rzekła pani Chandier — niech pan zrobi, żeby pan Lousteau powiedział coś głośno, jeszcze go nie słyszałam.
— Jakie ma ładne buciki — rzekła panna Chandier do brata — jak się świecą!