— Ba, lakierki.
— Czemuż ty nie masz takich?
Lousteau spostrzegł w końcu, iż siedzi na cenzurowanym i odgadł w postawach sancerczyków żądzę, która ich sprowadziła. „Cóż za kawał można by im spłatać?” pomyślał. W tej chwili rzekomy pokojowiec pana de La Baudraye, stajenny przebrany w liberię, przyniósł listy, dzienniki i oddał paczkę korekt, którą dziennikarz pozwolił wziąć Bianchonowi. Pani de La Baudraye, widząc pakiet, którego kształt i opakowanie wyraźnie trąciły drukarnią, rzekła:
— Jak to! Literatura ściga pana aż tutaj?
— Nie literatura — odparł — ale miesięcznik, w którym kończę nowelę mającą się ukazać za dziesięć dni. Przybyłem tu pod obuchem podpisu: Ciąg dalszy w następnym numerze i musiałem zostawić drukarzowi adres. Ach! Chleb, który jemy, bardzo drogo sprzedają nam spekulanci drukarskiego czernidła! Odmaluję pani kiedy ów osobliwy gatunek: redaktor miesięcznika!
— Kiedy zacznie się rozmowa? — spytała Diny pani de Clagny, tak jakby pytała: „O której godzinie ognie sztuczne?”.
— Myślałam — rzekła pani Popinot-Chandier do swej kuzynki, prezydentowej Boirouge — że usłyszymy historie?
W tej chwili, kiedy, jak niecierpliwy parter, sancerczycy zaczynali szemrać, Lousteau spostrzegł, iż Bianchon utonął w zadumie natchnionej opaską korekt.
— Co tobie? — rzekł Stefan.
— Ależ ta makulatura, w którą zawinięto korekty, zawiera najcudniejszy romans! Masz, czytaj: Olimpia, czyli Tajemnice Rzymu.