— Pokaż — rzekł Lousteau, biorąc kawałek makulatury z rąk doktora, i przeczytał głośno, co następuje:

204 Olimpia

jaskini. Rinaldo, oburzony tchórzostwem towarzyszów, którzy byli odważni jedynie w polu i nie śmieli zapuścić się w ulice Rzymu, obrzucił ich spojrzeniem wzgardy.

— Jestem tedy sam! — rzekł. Zdawał się myśleć chwilę, po czym dodał: — Jesteście nędznicy, pójdę sam i sam zgarnę tę bogatą zdobycz. Słyszycie!... Żegnam.

— Kapitanie!... — rzekł Lamberti — A gdyby cię ujęto... jeżeli ci się nie powiedzie?

— Bóg ze mną! — odparł Rinaldo, ukazując niebo.

Z tymi słowy wyszedł i spotkał w drodze intendenta księcia Bracciano

— Koniec stronicy — rzekł Lousteau, którego wszyscy słuchali w religijnym skupieniu.

— Czyta nam swoje dzieło — rzekł Kajcio do młodego Popinot-Chandier.

— Z pierwszych słów mogły panie odgadnąć — podjął dziennikarz, chwytając sposobność zmistyfikowania sancerczyków — że zbójcy są w jaskini. Jakże niedbale traktowali wówczas powieściopisarze szczegóły, dziś tak starannie, tak drobiazgowo obserwowane pod pozorem kolorytu lokalnego! Jeżeli złodzieje są w jaskini, zamiast: ukazując niebo, powinno być: ukazując sklepienie. Mimo tej niepoprawności, Rinaldo wydaje mi się tęgim chwatem, a w jego apostrofie do Boga czuć Włochy. Jest w tym romansie odrobineczka kolorytu lokalnego. Do kroćset! Zbójcy, jaskinia, ten Lamberti, który umie kalkulować... Widzę cały wodewil w tej stronicy. Dodajcie do tych elementarnych składników kęs intrygi, młodą wieśniaczkę z wysoką fryzurą, w krótkich spódniczkach, wreszcie setkę ohydnych kupletów... och, mój Boże! Publiczność przyleci. A przy tym Rinaldo... cóż za kapitalne imię dla Lafonta! Dać mu tylko czarne faworyty, obcisłe spodnie, płaszcz, wąsy, pistolet i spiczasty kapelusz; jeśli dyrektor Wodewilu postara się opłacić parę artykułów w dziennikach, pięćdziesiąt przedstawień pewnych, a sześć tysięcy franków tantiemy dla autora, o ile zechcę pochwalić sztukę w moim felietonie. Idźmy dalej.