— To śliczne! — rzekła burmistrzowa do Kajcia. — Panie Lousteau, prosimy, prosimy dalej.

Albo Tajemnice Rzymu 209

suknia zaszeleściła wśród ciszy. Naraz kardynał Borborigano ukazał się oczom księżnej. Twarz miał posępną: czoło zdawało się brzemienne chmurami, a gorzki uśmiech rysował się wśród zmarszczek.

— Pani — rzekł — ciężą na pani podejrzenia. Jeżeli jesteś winna, uciekaj; jeżeli nie, uciekaj również, ponieważ w jednym i drugim wypadku z oddalenia będziesz zdolna o wiele lepiej się bronić.

— Dziękuję Waszej Eminencji za troskliwość — rzekła — książę de Bracciano pojawi się wówczas, gdy uznam za potrzebne dowieść, że istnieje

— Kardynał Borborigano! — wykrzyknął Bianchon. — Na klucze papieża! Jeśli mi nie przyznacie, iż już samo to imię jest wspaniałą kreacją, jeżeli nie widzicie w tych słowach: suknia zaszeleściła wśród ciszy całej poezji roli Schedoniego wymyślonej przez panią Radcliffe w Konfesjonale czarnych pokutników, jesteście niegodni czytać romanse...

— Dla mnie — rzekła Dina, która ulitowała się osiemnastu twarzy wypatrzonych na dwóch paryżan — fabuła postępuje. Wiem wszystko: jestem w Rzymie, widzę trupa zamordowanego męża, którego żona, przewrotna i śmiała, ustawiła swoje łóżko na kraterze. Każdej nocy, za każdą chwilą szczęścia powiada sobie: „Wszystko się odkryje!”...

— Czy widzi ją pani — wykrzyknął Lousteau — jak dusi tego pana Adolfa, ściska go, chce zamknąć całe swoje życie w pocałunku!... Adolf robi na mnie wrażenie młodego człowieka doskonale zbudowanego, ale o skąpej inteligencji, takiego właśnie, jak trzeba dla Włoszki. Rinaldo unosi się nad intrygą, której nie znamy, ale która musi być zagmatwana jak melodramat pana Pixérécourt. Możemy sobie zresztą wyobrazić, że Rinaldo przesuwa się w głębi sceny niby figura z dramatów Wiktora Hugo.

— A może to właśnie mąż! — wykrzyknęła pani de La Baudraye.

— Czy pani co rozumie z tego wszystkiego? — spytała pani Piédefer prezydentowej.