— Ależ ja ledwie zacząłem! Słuchaj, mój drogi. Wiele od pewnego czasu nagadano złego o małżeństwie; ale poza tą zaletą, iż jest to najprostszy sposób ustalenia dziedzictwa, jedynie małżeństwo daje ładnym chłopcom bez grosza sposób zrobienia majątku w dwa miesiące: dlatego opiera się wszystkim tym atakom! Toteż nie ma kawalera, który by wcześniej lub później nie żałował, iż chybił z własnej winy małżeństwa z trzydziestoma tysiącami franków renty...

— Nie chcesz mnie tedy zrozumieć! — wykrzyknął Lousteau zrozpaczonym tonem. — Idźże... Ona jest tam.

— Daruj, czemu było nie powiedzieć wcześniej... jesteś pełnoletni... i ona także — dodał ciszej, dość głośno wszakże, aby Dina słyszała. — Ładnie ci każe odpokutować swoje szczęście...

— Jeśli to szaleństwo, chcę je popełnić... Bądź zdrów!

— Człowiek w morzu! — wrzasnął Bixiou.

— Niech diabli porwą przyjaciół, którzy czują się w prawie mówić człowiekowi kazania — rzekł Lousteau, otwierając drzwi od gabinetu, gdzie ujrzał na fotelu panią de La Baudraye złamaną, wycierającą oczy haftowaną chusteczką.

— Po co ja tu przyjechałam — rzekła. — Och, Boże! Po co?... Stefanie, ja nie jestem taką prowincjonalną gąską, jak myślisz... Ty sobie drwisz ze mnie.

— Drogi aniele — odparł Lousteau, który wziął Dinę w ramiona, podniósł z fotelu i przeprowadził wpół martwą do salonu — poświęciliśmy sobie nawzajem swoją przyszłość, ofiara za ofiarę. Podczas, gdy serce moje było w Sancerre, żeniono mnie tutaj, ale opierałem się i... wierzaj! Byłem bardzo nieszczęśliwy.

— Och! jadę! — wykrzyknęła Dina, zrywając się jak szalona i robiąc dwa kroki ku drzwiom.

— Zostaniesz, Dynuśka, wszystko skończone. Ech! Ta fortuna, czyliż przychodziła mi tak tanio? Czyż nie trzeba mi było ubrać się w grubą blondynę o czerwonym nosie, córkę rejenta, plus teściową, która zapędziłaby w kozi róg panią Piédefer na punkcie dewocji...