Pamela wbiegła do salonu i szepnęła do ucha Stefana: „Pani Schontz!...”.
Lousteau wstał, zostawił Dinę na kanapie i wyszedł.
— Wszystko przepadło, kotuśku — rzekła loretka. — Cardot nie chce się pokłócić z żoną o zięcia. Dewotka zrobiła scenę... pierwsza klasa! Koniec końców, obecny pierwszy dependent, który był od dwóch lat drugim dependentem, bierze córkę i kancelarię.
— Podły! — wykrzyknął Lousteau. — W jaki sposób w ciągu dwóch godzin mógł się namyślić?...
— Mój Boże, to bardzo proste. Ladaco, któremu nieboszczyk zwierzył się z sekretem, pochwyciwszy parę słów sprzeczki z panią Cardot, odgadł pozycję pryncypała. Rejent liczy na twój honor i delikatność, wszystko już jest ułożone. Dependent, którego prowadzenie jest bez zarzutu (ba! Hultaj chodził regularnie na mszę, skończony hipokryta!) podoba się rejencinie. Cardot pragnie zostać z tobą w dobrej przyjaźni. Ma objąć dyrekturę olbrzymiego towarzystwa finansowego, będzie ci mógł oddać jaką przysługę. Ha! Budzisz się z pięknego snu.
— Tracę fortunę, żonę i...
— Kochankę — rzekła pani Schontz z uśmiechem. — Jesteś dziś bowiem więcej niż żonaty, zrobisz się nudny, będziesz chciał wracać do domu, nie będziesz miał fantazji ani w stroju, ani w życiu; zresztą mój Artur jest bardzo dobry chłopiec, zostanę mu wierną i zerwę z Malagą... Pozwólże mi obejrzeć przez dziurkę od klucza swoją Muzę z Sancerre? — spytała loretka. — Czy nie było — wykrzyknęła — piękniejszego zwierzęcia w całej pustyni? Okradziono cię! Godne to, suche, płaczliwe, brakuje jej tylko turbanu lady Dudley.
— Cóż jeszcze się stało?... — spytała pani de La Baudraye, której ucha doszedł szelest jedwabnych spódniczek i szept kobiecego głosu.
— Stało się, mój aniele, że jesteśmy spojeni nierozłącznie... Przyniesiono mi ustną odpowiedź na list, który pisałem przy tobie, a którym zrywam moje małżeństwo...
— To była ta kolacja, z której się wymawiałeś?