„Czy pani hrabina zechce uczynić panu Lousteau tę łaskę, aby go przyjąć na chwilę i w tej chwili?”

Bilecik ten zapieczętowany był pieczątką, która niegdyś służyła kochankom. Pani de La Baudraye kazała wyryć na prawdziwym krwawniku wschodnim: Bo tak!... Wielkie słowo, słowo kobiet, słowo, które może wytłumaczyć wszystko, nawet stworzenie świata. Hrabina kończyła tualetę, aby się udać do Opery, piątek był dniem jej abonamentu. Zbladła, widząc pieczątkę.

— Proszę zaczekać! — rzekła, wkładając bilecik za gors.

Miała tę siłę, by ukryć pomieszanie, i poleciła matce, aby ułożyła dzieci. Kazała prosić Stefana i przyjęła go w buduarze obok salonu, przy otwartych drzwiach. Miała iść po teatrze na bal, włożyła właśnie rozkoszną jedwabną suknię w pasy usiane bladoniebieskimi kwiatami. Bogato oszyte rękawiczki odsłaniały piękne ramiona. Lśniła się od koronek i wszystkich drobiazgów wymaganych przez modę. Uczesanie à la Sevigné podkreślało delikatność rysów. Sznur pereł spoczywał na piersi niby na płacie śniegu.

— Co z panem? — rzekła hrabina, wysuwając spod sukni stopę, aby przyciągnąć aksamitną poduszkę — sądziłam, miałam nadzieję, iż jestem już zupełnie zapomniana...

— Gdybym powiedział nigdy, nie uwierzyłaby pani — rzekł Lousteau, który nie usiadł i przechadzał się, gryząc kwiaty zrywane za każdym nawrotem w żardynierach napełniających buduar balsamicznym zapachem.

Zapanowała chwila milczenia. Pani de La Baudraye, przyglądając się Stefanowi, znalazła go ubranym ze starannością najskrupulatniejszego dandysa.

— Pani jedna możesz mnie wspomóc i podać mi rękę... topię się i połknąłem już niejeden łyk... — rzekł, zatrzymując się przed Diną niby pod naporem ostatecznego wysiłku. — Jeżeli mnie pani widzi, to znak, że interesy moje stoją diabelnie licho.

— Dość! — rzekła. — Rozumiem...

Nastała nowa pauza, podczas której Lousteau odwrócił się, wziął chustkę i silił się obetrzeć łzę.