— Ile ci trzeba, Stefanie? — podjęła macierzyńskim głosem. — Jesteśmy w tej chwili jak dwaj starzy koledzy, mów do mnie tak, jakbyś mówił... do... do... Bixiou.

— Aby wstrzymać publiczną sprzedaż mebli jutro w południe, tysiąc osiemset franków! Aby pospłacać długi przyjaciołom, tyleż! Trzy raty gospodarzowi, którego pani zna... Ciocia żąda pięciuset franków...

— A ty, aby żyć?...

— Och! Mam swoje pióro!...

— Ciężkie jest do wprawienia w ruch... czego by nikt nie odgadł, czytając pana... — rzekła z subtelnym uśmiechem. — Nie mam w tej chwili sumy, której żądasz. Przyjdź jutro o ósmej, komornik zaczeka chyba do dziewiątej, zwłaszcza jeżeli go weźmiesz z sobą po zapłatę. — Czuła potrzebę wyprawienia Stefana, który udał, że nie ma siły spojrzeć na nią; ale ona przepełniona była współczuciem zdolnym rozwiązać wszystkie gordyjskie węzły, jakie zaplata społeczeństwo. — Dziękuję! — rzekła, wstając i podając rękę Stefanowi. — Zaufanie twoje ucieszyło mnie!... Och! dawno już nie czułam takiej radości...

Lousteau ujął jej rękę, przyciągnął do serca i przycisnął tkliwie.

— Kropla wody na pustyni, i... z ręki anioła!... Bóg zna się na reżyserii!...

To było powiedziane pół żartobliwie, a pół z rozczuleniem; ale, wierzcie mi, jako gra sceniczna, to było równie piękne, jak Talma w słynnej roli Leicestera, gdzie wszystko rozgrywa się w odcieniach tego rodzaju. Dina uczuła bicie jego serca przez sukno; biło z przyjemności, ponieważ dziennikarz uchodził szponów sądowego jastrzębia; ale biło także z bardzo naturalnego pragnienia na widok Diny odmłodzonej i odnowionej zbytkiem. Pani de La Baudraye, przyglądając się ukradkiem Stefanowi, ujrzała fizjonomię w harmonii ze wszystkimi kwiatami miłości, które odradzały się dla niej w tym bijącym sercu; spróbowała zatopić oczy, jeden raz, w oczach tego, którego tak kochała; ale burzliwy potok krwi runął w jej żyły i zamącił jej w głowie. Wymienili wówczas to samo krwiste spojrzenie, które na wybrzeżu Cosne dało dziennikarzowi śmiałość zgniecenia organtynowej sukni. Cygan przyciągnął Dinę, policzki ich zetknęły się.

— Schowaj się, matka idzie! — wykrzyknęła Dina przestraszona. I pobiegła naprzeciw pani Piédefer. — Mamusiu — rzekła (to słowo było dla surowej pani Piédefer pieszczotą, która nie chybiała nigdy celu) — Czy chcesz mi zrobić wielką przyjemność? Weź powóz, pojedź sama do naszego bankiera, pana Mongenod, z bilecikiem, który ci dam do niego, aby wypłacił sześć tysięcy franków. Chodź, chodź, idzie o dobry uczynek, chodź do mego pokoju.

I pociągnęła matkę, która wyraźnie miała ochotę zajrzeć, z kim córka rozmawia w buduarze.