— Ależ to samobójstwo podobne życie! — wykrzyknął stary. — I co kieliszków potłuczonych! Co za zniszczenie! Przedpokój wygląda strasznie...
W tej chwili miły staruszek stanął osłupiały i jakby oczarowany, podobny ptakowi urzeczonemu przez węża. Spostrzegł profil młodego ciała odzianego w czarne sukno.
— A, panno Cabirolle!... — rzekł w końcu.
— No co? — odparła.
Oko tancerki pobiegło w kierunku spojrzeń starowiny; kiedy poznała dependenta, chwycił ją szalony śmiech, który nie tylko zdumiał starca, ale zarazem zmusił Oskara do pokazania twarzy, Florentyna bowiem wzięła go za ramię i parsknęła śmiechem, widząc zakłopotane miny wuja i bratanka.
— Ty tu, mój bratanku?...
— A, to twój bratanek? — wykrzyknęła Florentyna, na nowo wybuchając szalonym śmiechem. — Nigdy mi nie mówiłeś o tym bratanku. Więc Marieta nie wzięła cię z sobą? — rzekła do Oskara, który stał skamieniały. — Co on pocznie, ten biedny chłopiec?
— Co zechce — odparł sucho stary Cardot, który skierował się ku drzwiom.
— Chwileczkę, papuśku, musisz wydobyć bratanka z nieszczęścia, w które popadł z mojej winy. Grał pieniędzmi swego pryncypała i przegrał, nie licząc tysiąca franków, które mu dałam, aby się odegrał.
— Nieszczęśliwy, przegrałeś tysiąc pięćset franków? W twoim wieku!