Schinner, z nieruchomą twarzą, wciągnął dym i wypuścił go nosem bez zmrużenia oka. Wciągnął jeszcze raz, zatrzymał dym w gardle, wyjął cygaro z ust i wypuścił z wdziękiem dym.
— Oto, młodzieńcze — rzekł wielki malarz.
— A oto, młodzieńcze, inny sposób — rzekł Jerzy, naśladując Schinnera, ale połykając cały dym i nie wypuszczając nic.
„I moi rodzice myślą, że mi dali wychowanie” — myślał biedny Oskar, starając się palić z wdziękiem.
Uczuł tak silne mdłości, że dał sobie chętnie zabrać cygaro Mistigrisowi, który rzekł, paląc z widoczną przyjemnością:
— Szanowny pan nie ma zaraźliwych chorób?
Oskar chciałby być dość silny, aby wyszturchać Mistigrisa.
— Jak to — rzekł, wskazując pułkownika Jerzego — osiem franków wino i placuszki, dwa franki cygara, a śniadanie będzie go kosztowało...
— Co najmniej dziesięć franków — odparł Mistigris — ale cóż! Ziarnko do ziarnka.
— A ba, ojcze Léger, wypijemy sobie buteleczkę Bordeaux — rzekł Jerzy do rolnika.