— Śniadanie będzie go kosztowało dwadzieścia franków! — wykrzyknął Oskar. — To już trzydzieści kilka franków.

Zmiażdżony poczuciem własnej nicości, Oskar usiadł na słupku kamiennym przy bramie i utonął w dumaniach, nie uważając, że w tej pozycji podciągnięte spodnie odsłaniają podrabiane skarpetki, arcydzieło matczyne.

— Jesteśmy bracia po skarpetkach — rzekł Mistigris unosząc nieco spodni i pokazując podobny obraz: skarpetki syjamskie.

Koncept ten sprowadził uśmiech na twarz pana de Sérisy, który stał z założonymi rękami w bramie za pasażerami. Mimo wszystkich niedorzeczności tych młokosów, poważny mąż stanu zazdrościł im ich błędów, podobały mu się ich przechwałki, podziwiał żywość ich konceptów.

— No i cóż, dostaniecie, ojcze, Moulineaux, bo pojechaliście po talary do Paryża — rzekł oberżysta do ojca Léger, któremu pokazał właśnie w stajni konika na sprzedaż. — To byłby dobry kawał, gdybyście wycięli taką sztukę parowi Francji, ministrowi, hrabiemu de Sérisy.

Stary polityk nie zdradził się najlżejszym drgnieniem, odwrócił się tylko, aby się przyjrzeć oberżyście.

— Ugotowany jest — odparł z cicha ojciec Léger.

— Cieszy mnie to, dalibóg; lubię jak się szlachcicom dobierają do skóry. Gdyby wam było trzeba bodaj dwudziestu tysięcy franków, pożyczyłbym wam; ale Franciszek, konduktor Touchardów, powiadał mi, że pana Margueron zaproszono na dziś do hrabiego na obiad do Presles.

— Taki był zamiar jego ekscelencji, ale my też mamy głowę nie od parady — odparł ojciec Léger.

— Hrabia da posadę młodemu Margueron, a pan nie masz posad do rozdania! — rzekł oberżysta.