— Pan ma słuszność — rzekł wielki malarz do hrabiego, wskazując Oskara — ludzie z pewnej sfery mówią my, jedynie ludzie spod ciemnej gwiazdy mówią ja, u mnie. Zawsze się ma manię uchodzić za to, czym się nie jest. Jak na człowieka tak udekorowanego...
— Pan jest wciąż dekoratorem? — rzekł Mistigris.
— Nie zna pan języka dworów. Proszę pana o protekcję, ekscelencjo — dodał Schinner, zwracając się do Oskara.
— Winszuję sobie — rzekł hrabia — że było mi danym podróżować z trzema ludźmi, którzy są lub będą sławni: znakomitym już dziś malarzem, przyszłym generałem, i młodym dyplomatą, który wróci kiedyś Belgię Francji.
Popełniwszy już ten wstrętny czyn, że się wyparł matki, Oskar, wściekły, domyślając się, jak bardzo towarzysze drwią sobie z niego, postanowił za wszelką cenę zwyciężyć ich powątpiewanie.
— Nie wszystko złoto co się świeci — rzekł, rzucając błyskawice oczami.
— Nie tak — rzekł Mistigris. — Nie wszystko błoto co się wymiata. Niedaleko pan zajdzie w dyplomacji, jeżeli pan lepiej nie posiądzie przysłów.
— Może nie znam dobrze przysłów, ale znam dobrze moją drogę.
— Zajedzie pan daleko, bo gospodyni pańskiego zamku zaopatrzyła pana jak na zamorską podróż: biszkopty, czekolada...
— Specjalny chleb i czekolada, tak, panie — odparł Oskar — bo mam żołądek o wiele za delikatny, aby znosić świństwa, jakie dają w oberżach.