— Pietrek myśli, że to jest pan z Maffiers — rzekł do Jerzego ojciec Léger, wracając do dyliżansu.

W tej chwili trzej młodzi ludzie, spłoszeni jak złodzieje schwytani na uczynku, nie śmieli na siebie spojrzeć wzajem, widocznie mocno zajęci skutkami swoich kłamstw.

— Oto, co się nazywa wdepnąć — rzekł Mistigris.

— Widzicie, że znam hrabiego — rzekł Oskar.

— Możebne — odparł Jerzy — ale nie będzie pan nigdy ambasadorem — odparł Jerzy. — Kiedy się chce rozmawiać w dyliżansie, trzeba, jak ja, gadać o niczym.

— Sroczka kaczkę warzyła, aż nawarzyła piwa — rzekł Mistigris w formie konkluzji.

Hrabia zajął w tej chwili swoje miejsce, a Pietrek ruszył w głębokim milczeniu.

— No i cóż, młodzi przyjaciele — rzekł hrabia, gdy dojeżdżali do lasu Carreau — siedzicie niemi, tak jakbyśmy jechali na szafot.

— Jest czas mówienia, jest czas odchodzenia od mówienia — odparł biblijnie Mistigris.

— Piękna pogoda — rzekł Jerzy.