— A, dobrze, mój przyjacielu — rzekł Jerzy, odzyskując tupet. — Idę na folwark Moulineaux — dodał, nie chcąc zdradzić towarzyszom podróży, że udaje się do zamku.

— Jak to! Pan przyjechał do mnie? — rzekł ojciec Léger.

— Jakim sposobem?

— Jestem dzierżawcą z Moulineaux. A pan, pułkowniku, czego pan sobie ode mnie życzy?

— Skosztować pańskiego masełka — odparł Jerzy, biorąc tekę.

— Pietrek — rzekł Oskar — oddajcie moje rzeczy u rządcy, idę prosto do zamku.

I Oskar puścił się ścieżką, nie wiedząc, dokąd idzie.

— Hop, hop, panie ambasadorze — krzyknął ojciec Léger — pan idzie do lasu. Jeżeli pan chce do zamku, niech pan idzie furtką.

Zmuszony wejść, Oskar zgubił się w dziedzińcu zamkowym, w którym znajduje się olbrzymi klomb otoczony słupkami związanymi łańcuchem. Podczas gdy ojciec Léger przyglądał się Oskarowi, Jerzy, którego spiorunowała wiadomość, że gruby rolnik jest dzierżawcą Moulineaux, wymknął się tak lekko, że w chwili, gdy zaintrygowany grubas szukał swego pułkownika, już go nie znalazł. Furtka otworzyła się na prośbę Pietrka, który wszedł dumnie, aby złożyć u odźwiernego mnogie przybory wielkiego Schinnera. Oskar patrzał oszołomiony, że Mistigris i artysta, świadkowie jego przechwałek, instalują się w zamku. W dziesięć minut Pietrek wyładował paczki malarza, rzeczy Oskara Husson, i wytworną skórzaną walizkę, którą powierzył tajemniczo żonie odźwiernego; po czym wrócił, trzaskając z bicza i puścił się ku laskowi Isle-Adam, z chytrą miną chłopa obliczającego zyski. Nic nie brakowało mu do szczęścia, miał dostać nazajutrz swoich tysiąc franków.

Oskar, dosyć markotny, kręcił się dokoła klombu, patrząc, gdzie się obrócą jego towarzysze podróży, kiedy nagle ujrzał pana Moreau wychodzącego z wielkiej sali tzw. myśliwskiej na ganek. Rządca ubrany był w długi niebieski surdut, który mu opadał niemal na pięty, w spodnie z łosiowej skóry, wysokie buty, i trzymał w ręku szpicrutę.