— Jakim cudem nie zaproponował pani, że panią kropnie? — rzekł Bridau. — Malarze są dosyć łasi na ładne twarzyczki.

— Co pan przez to rozumie? — spytała pani Moreau, na której obliczu odmalował się gniew obrażonej królowej.

— W języku malarskim kropnąć nazywa się zrobić szkic — rzekł Mistigris przymilnie.

— Nie znałam tego wyrażenia — odparła, zwracając do Mistigrisa słodkie oczy.

— Mój uczeń — rzekł Bridau — pan Leon de Lora, ma wielki dar do portretów. Byłby bardzo szczęśliwy, piękna pani, gdyby mógł zostawić wspomnienie naszego pobytu tutaj, malując pani uroczą główkę.

Józef mrugnął na Mistigrisa, jak gdyby mówiąc: „No, bierz się do niej! Wcale niebrzydka!”. Na ten znak Leon de Lora przysiadł się na kanapę obok Estelli i ujął ją za rękę, bez oporu z jej strony.

— Och, gdyby pani, jako niespodziankę dla swego małżonka, zechciała mi użyczyć w sekrecie paru seansów, starałbym się przejść samego siebie. Jest pani tak piękna, tak świeża, tak urocza!... Człowiek bez talentu stałby się geniuszem, mając panią za model! Zaczerpnąłby w pani oczach tyle...

— A potem wymalujemy pani śliczne dzieci w arabeskach — przerwał mu Józef.

— Wolałabym raczej mieć je u siebie w salonie, ale nie śmiałabym... — odparła, spoglądając zalotnie na Józefa.

— Piękność, pani, to królowa, którą malarze uwielbiają i która ma nad nimi wielką władzę.