— Tak, ekscelencjo.

— Proszę.

Hrabia wdział białe spodnie, lakierowane trzewiki, białą kamizelkę i czarny frak, na którym błyszczała, po prawej, gwiazda Wielkiego Krzyża Legii, po lewej w butonierce wisiało na złotym łańcuszku Złote Runo. Błękitna wstęga odcinała się od kamizelki. Hrabia sam się uczesał i wystroił, zapewne aby przyjąć Marguerona w swoim pałacu w Presles; może też aby olśnić nieboraka blaskiem wielkości.

— I cóż, panie Moreau — rzekł hrabia, siedząc i pozwalając rządcy stać — nie możemy dojść do porozumienia z Margueronem?

— W tej chwili żądałby za folwark za drogo.

— Ale czemu nie miałby przyjść sam tutaj? — rzekł hrabia, udając zamyślenie.

— Chory jest, ekscelencjo.

— Czy pan jest tego pewny?

— Byłem u niego...

— Panie Moreau — rzekł hrabia, przybierając wyraz surowy, niemal straszny — co by pan zrobił z zaufanym człowiekiem, gdyby, znając sekret choroby, którą pan chce zachować w tajemnicy, natrząsał się z pana z ladacznicą?