— Mego przyjaciela Schinnera, który mi go pożyczył — odparł Józef. — Mistigris nazywa się Leon de Lora. Ekscelencjo, jeżeli pan pamięta mego ojca, racz pomyśleć o tym jego synu, który jest w tej chwili oskarżony o spisek przeciw państwu i staje przed sądem parów...

— A, prawda! — rzekł hrabia. — Pomyślę o tym, niech mi pan wierzy. Co się tyczy księcia Czarnego Jerzego, przyjaciela Alego-paszy, adiutanta Miny... — rzekł hrabia, zbliżając się do Jerzego.

— On?... Mój dependent! — wykrzyknął Crottat.

— Myli się pan, panie Crottat — rzekł hrabia surowo. — Dependent, który chce być rejentem, nie zostawia ważnych dokumentów w dyliżansie na łasce podróżnych! Dependent, który chce być rejentem, nie wydaje dwudziestu franków między Paryżem a Moisselles! Dependent, który chce być rejentem, nie naraża się na to, że go mogą przytrzymać jako zbiega...

— Ekscelencjo — rzekł Jerzy Marest — mogłem szukać zabawy w tym, aby zmistyfikować towarzyszów podróży, ale...

— Dajże pan mówić jego ekscelencji — rzekł pryncypał, dając mu potężnego kuksa w bok.

— Rejent powinien mieć zawczasu dyskrecję, rozwagę, spryt i nie brać ministra stanu za fabrykanta mydła...

— Ponoszę odpowiedzialność za moje winy, ale nie zostawiłem aktów na łasce... — rzekł Jerzy.

— Popełniasz pan w tej chwili ten błąd, że zadajesz fałsz Ministrowi Stanu, parowi Francji, szlachcicowi, starcowi, klientowi. Niech pan poszuka swego projektu sprzedaży!

Dependent poprzewracał wszystkie papiery w swojej tece.